niedziela, 2 listopada 2008





troszke wiecej z forvie i kilka z poczatku sezonu.
+ International Festival







c.d forvie.

listopad




. zdjecia z wycieczki do forvie natural reserve ( ostatnia niedziela).

poniedziałek, 20 października 2008

oy!

prawie miesiac mnie tu nie bylo?????
gdzie ten miesiac, gdzie ten czas???
dzieje sie duzo , szybko i na razie bardoz dobrze.
mam 2 typowe prace studenckie, prawie codzieneni chodze rano an silownie, ale dzis np hari nie wstala, wiec nie poszlysmy. po drodze aktywnie udzielam sie spolecnzie i staram tez socjalnie no i czas leci.
zbliza sie zimny i ciemny listopad. ludzie juz zaczynaja zmulac,w iec tym bardizje w listopadzie trzeba skorzystac ze srodkow pomocniczych, by dociagnac stadko do swiat. jednym z pomyslow jest chocoloate night. troche zabwy, glukozy i goracej czkeolady ma zadziwiajace wlasciowsci lecznicze.
w miedzyczasie lin znalazla prace, po 2 interview, grupowym i indywiduwlanym, teraz moze piec buleczki w asdzie ( supermarket). wiec jest dobrze.
z wiesci bardziej poludniowych, babcia kuruje sie w szpitalu, i 3mamy kciuki za babcie! bo jesli jeszcze nie wyrazilam otwarice ja mam bardzo fajna babcie i dziadka. no wiec oczy w Gore i do przodu!
w ten czwartek members movie night. czyli moja proba, fizycznego zoabczenia czlonkow, lub tych ktorzy sie poczuwaja, no i tez oderwania mysli od zimna, esejow i ogolnie okropnego swiata.
wczorja 3h smazylismy nalesniki. wielki sukces. za tydzien najprawdopodobniej danie afrykanskie. mam nadizeje ze interent bedize sprzyjal, mejle dochodzily i ludzie je czytali.

jest dobrze, jest predko.

interetu w domu nie mam i nie bede miala. ale pracownie otwarte sa non stop wiec nie ma problemu. jesty tylko malo czasu.
klade sie spac pozno, wstaje wczesnie, jem duzo owocow i pije litry earl grey i o dziwio jakos co rano ciagne caly dzien.

momenty zmulenia i zwatpienia przychodza we wtorek, jak mam 3 tutoriale pod rzad, ale wszystko pozniej znika, po 2h pracy fizycznej i kolacji.
teraz lece do bibiloteki, by oddac ksiazke na czas i nie placic kolejnej kary.

zapraszam na polnoc.

wtorek, 30 września 2008

http://uk.youtube.com/watch?v=-2R2TBFkRDU&feature=related


kazdego dnia wita mnie wschodzace slonce.


szkola rusza do biegu, grafik sie zapelnia, ilosc szekspira do przeczytania nadal nie maleje. jest lepiej niz dobrze. zajecia, przynajmniej na razie bez francuskiego, zapowiadaja sie rewelacyjnie. pogoda dopisuje, slonce pozlaca liscie i caly kampus.

juz sie przyzwyczajam do nieposiadania internetu w domu i wieczornych pizamowych wycieczek do pracowni.
ha! i rewelacja! za 2 funty robie pranie z suszeniem na spolke z hari!

wtorek, 23 września 2008

freshers' week

dni sa na razie ciut przepelne by streszczac. lista mejlingowa zbyt nie wyrazna i za duzo zwraca.
pierwsze dni rzadu.

niedziela, 21 września 2008

the hamster look

cos sie dzieje z zebem i policzkiem. na razie jeszcze nie wiem co,ale wygladam jak chomik i tak tez smakuje. dzownilam do nhs24. teraz maja oddzwonic. teraz sie przedluza. jak za godzine nie oddzwonia bede probowac jeszce raz. jesli nie to jutro przychodnia, ale na prawde wolalbym by ktos zerknal w paszcze lwa i co nie co przypisal by nie robila sie zdna infekcja, no i zeby mozna bylo i spac i jesc normalnie. a pozatym w przychodni to mnie na jakis odlegly termin zapisza.. zobaczymy, czekam z komorka w reku.
oprocz tego wszystko na plus. w poniedzialek, mam rozmowe o prace na stolowce w akademikach, wydzial angielskiego mojego uniwerku jest 11 w kraju, hari przyjechala bez problemu a jak wszystko wyjdzie to dzis wieczorem jako cathsoc mamy pizze po mszy. jutro musze jeszcze porozwieszac plakaty tu i owdzie na kampusie i umiescic ogloszenie na necie. jest tez pierwsza lekcja niemieckiego, spotkanie prezydentow, a we wtorek rozmowa w sprawie ew uczenia angielskiego.
pogoda piekna, studentow coraz wiecej, ulotki sa wszedzie i grypa tez.
oby oddzwonili jak najszybciej bo cos sie tak malo wyraznie w paszczy robi. no coz trzeba czekac.

piątek, 19 września 2008

oj dawno dawno temu...

tak, wiem , ponad 3 miesiace. zadnych zdjec, notatek jakbym nic nigdzie nie robila. albo jakby nic mi sie nie chcialo.
zdjec na razie nie bedzie. nie mam internetu w domu, wiec korzystam z pracowni komputerowych, ale kiedys rusze sie z moim laptopem ( jeszcze starym) i cos tam z wakacji umieszcze. czcionki polskiej tez nie bedzie.
dla wszystkich spragnionych polnocy zapraszam, moj nowy pokoj jest kwadratowy, ma wiecej miejsca na podlosze i ogolnie jest dziwnie przestronny, przynajmniej narazie:))
polecam polnoc, nie polecam linii central wings. skrzydelka sie spalily.

ladowanie w deszczu. welcome to scotland. ale dni juz sloneczne. dzis przepiekne slonce wygrzewalo sie na kamieniach i lisciach, co pewnie czas przechadzajac sie w skoszonej trawie.
nic tylko gonic. a slonca i energii trzeba duzo. przygotowania do freshers' week pelna para. dla hiper chetnych zapraszam: topcath.com

a miedzyczasie : balkan beatbox. na razie tylko przez you tube i my space ale powolutku bede sciagac lub nabywac

hari przyjedza jutro, 23: 21 bede szukac jej na peronie.
a 3 wspolokatorka to gwen- z usa, 2 rok archeologii, klimaty piachu, muzyki celtyckiej i grania na harfie. wydaje mi sie ze bardzo dobrze dogada sie z hari. wiec jest dobrze i radosnie. harfa pogrywa co pewien czas, lodowka jest wystarczajaco duza a prysznic wyjatkowo dlugo sie rozgrzewa. pod koniec mycia mozna liczyc na ciepla wode, no ale dobre krazenie to podstawa.

mam odlotowy kask, ale za to cos jest z kolem nie tak,no i przedni hamulec nie dziala:-). moze uda mi wymienic rower, w kazdym badz razie z wielkim piskiem sezon otwarty.

w poniedizlaek spotkanie prezydentow:)))
i NIEMIECKI!!!!! finally!!!!!!! powrot do pierwszej milosci!!! deutsch macht spass!


teraz tylko wybor kursow, dotrwac do konca freshers' week bez grypy i nowa Reading List:) czyli cos do czego ja odliczam dni i z niepokojem otwieram wydzialowe strony internetowe.
uwielbiam to co robie. robie to co uwielbiam. uwielbiam robic to co uwielbiam.

niedziela, 15 czerwca 2008

placelag. część 1.

sprawozdania część pierwsza.

bo kilku komplikacjach, przepakowywaniach w sobotę 31 maja wreszcie udało mi się całkowicie wynieść z akademika w aberdeen. mój zakopany skarb tworzą : 3 lub 4 kartony?, plakat, walizka, poduszki i czajaniczek u lin i garnek hari też u lin. w podróż częśc skarbu przenośna, czyli jeden duży plecak-23,5 kg przed paryżem, 18kg po + plecak podręczny, ok 10-13kg.

no i w dóóóóółłł do londynu. ponad 13h w megabusie, który z nazwą dzieli wszystko oprócz przestrzeni.
ciasno ciepło i długo. choć mimo wszystko nadal pierwsze miejsce w wyprawie busowej zajmuje 35h do marsylii.

londyn. i mr b. nie do pomylenia ze słabym masłem.
kulturalno intelektualne śniadania i moje próby przytakiwania i kiwania z odpowiednia godnością głową w odpowiednich momentach, które sygnalizowałby moje zrozumienie i opinie na tematy wszelakie a zawsze głebokie , ciekawe i skomplikowane.
by wykazać się wielkim zaangażowaniem w dyskusję i temat trzeba opanować trudną i nieoczywsistą sztukę nabierania łyżki płatków w odpowiednim momencie, t.j w Czasie Nadejścia Pytania i Interakcji- no bo przecież jak tu mówić z pełną buzią?!

3dni zwiedzania, 2 metrowego materaca, spotkań po latach i w końcu wielka akcja tranzyt do marsylii.
zaangażowani: moja nieuwaga i zaspanie-mieszko ( chapeaux bas) -metro i kolejka londynskie- sieć M&S- lotnisko gatwick i linie BA.
środa pękając w szwach, zmieściła w sobie transport bagaży najpierw w złym potem w dobrym kierunku, wszystko w godzinach szczytu, spotkanie z huong, pakowanie, london eye, wspólne frytyki na stacji autobusowej,wielkie pożegnanie na stacji metra i nie do końca nocną noc u mieszka.
4.44 już na lotnisku london gatwick a tam kolacyjno-śniadaniowa sałatka , bułeczka i pain au chocolat, tak żeby przygotować się na klimat francuski,który już za kilka godzin poczuję z każdą kroplą potu i marsylijskim słońcem.

no a jak marsylia to i strajk. A żeby było jeszcze ciekawiej to busów i taksówek tego samego dnia.
no i jedyna siła jaka mnie doprowadzi na wzgórze do domu to siła nóg. i tak też się stało.
prawie godzina, podwójny żółw ( plecak z przodu i z tyłu), martensy, kurtka i bluza uniwesrytecka, o 3 warstwy za dużo. i każdy schodek, każde podejście to małe zwycięstwo, no i wreszcie Roucas Blanc!ha! i piękne morze i słońce zaglądające przez białe okiennice, a pomarańcze i cytryny wygrzewające się w ogrodzie.
ciepło kamieni, suchość roślin, tłok w centrum, przybrudne ulice i kruszące się i uciekające spod nóg małe kamyki w calanques. i można grzać się jak kot nabierając delikatnie czekoladowych barw. summer time..

no ale gdy tylko zdążyłam podbrązowieć, czas na kolejną przesiadkę i petit voyage do Paryża.
To już ostatni przystanek.

sobota, 31 maja 2008

już prawie

wszystko dopięte, zakończone, spakowane.
no ale prawie robi różnicę.

jutro o tej porze, w pół drogi do londynu.

;-)))

oj i będę spać całąąąąąą podróż, aż do znudzenia powiek.

no dziś jeszcze tylko wszystko dopchnąć, domknąć, donieść i zmieścić.

raport z akcji później.

teraz gorąca czekolada z lin.

czwartek, 29 maja 2008

pakowania sztuka współczesna.




Dzieło Dnia

jestem kartonem

czwartek- Dzien Wielkiego Pakowania.
rano samorząd, ostatnie formalności, papierki i mam nadzieję że już oficjalnie mogę otworzyć sezon letni:)

potem: wielki plecak rzeczy i wyprawa do charity shop- wiwat sue ryder care! personel bardzo zadowolony i radosnie torba po torbie przyjmowali moje datki:)) a dla mnie jeszcze większa radość bo nie muszę wywalać a i komuś się przyda i też pożyteczna organizacja skorzysta.

no i popołudniu: Kartony!

stan obecny: walizka+ plakat+ rower+ 2 karotny obowiązkowe + 1 ew kartonik z naczyniami

az mi glupio tyle zawozic... no żeby sie wszystko zmieścilo....oj mam nadzieję bo będzie wielka lipaaaaa.
okaże się wieczorem.
no ale dobrze mieć znajomych z garażem.

we wrześniu wielkie ciacho + obrus dla Karin w ramach 'thank you gift'

no a za chwilę sio na rower i przeprawa przez miasto na kolację i akcję Karton'08

no długiii ten dzień no ale od niedzieli już zdecydowanie luźniej i formalne otwarcie sezonu wycieczkowego:))
witaj przygodo!

no ale na teraz jeszcze: witaj wyprowadzko!

środa, 28 maja 2008

post

no już po wszystkim.
znaczy się sesyjnie.
teraz tylko przeprowadzka..

no ale na chwilę obecną drzemka.

czwartek, 22 maja 2008

Alumni Annual Fund 07-08




część dzwoniącej ekipy podczas niewielkiej sesji zdjęciowej:) wszyscy wyglądamy naturalnie przekonująco i entuzjastycznie. SMILE WHEN YOU DIAL!



dołączone zdjęcia to wczorajszy początek akcji Karton'o8 i moment chwilowego osaczenia.

no nareszcie!

jutro nareszcie pierwszy egzamin, ile można czekać???potem jeszcze środa i po wszystkim!!
z każdym dniem efektywność i motywacja egzaminacyjna coraz niższa, no ale postaram się jeszcze poderwać i coś tam odkrywczego napisać.
zbliża się koniec roku, a więc i Wielkie Pakowanie.
co za radość! oficjalne rozpoczęcie akcji Karton'o8 odbyło się wczoraj spakowaniem 1 kartonu i zakupem 2 rolek mocnej srebnej taśmy. no teraz tylko jeszcze co najmniej 2 tyle, wielkie Pranie, spakowanie naczyń, przemeblowanie pokoju, przewiezienie roweru i kartonów i już! gotowe!
no ale ponieważ na szczeście już 1 czerwca wyjeżdżam z aberdeen, ze wszystkim się uporam do 31 maja.
plan na potem, już pewny: londyn-marsylia-paryż-> warszawa! spotkania po latach, wielkie latanie, wielkie zwiedzanie i zawsze za duży bagaż na marsylisjkie busy i paryskie metro.
witaj przygodo!
wszystko zapowiada się rewelacyjnie i teraz i w warszawie i po i za 3 miesiące! wielki pozytyw:)
no ale i tak jakoś dziwnie będzie zostawić północ na 3miesiące i ludzie się też wszyscy rozjeżdżają. no jakoś tak inaczej..

no właśnie!nareszcie, szczęśliwie i po wielu zmaganiach lin moja dostała wraz z ekipą wizy od rządu indonezyjskiego i jadą na akcję orang-utan'08 na borneo. Chapeaux bas i full wypas!


w piątek mamy crepes&film night, a w środę już pełne, good bye & end of 1st year imprezę między mną i lin;-))) przednia zabawa gwarantowana, choć tak dziwnie będzie nie móc się z nią tak długo skontaktować...no a może listy będą dochodzić do środka lasów i dżungli??

niedziela, 11 maja 2008

w głowie wakacje w grafiku sesja. no ale, nie ma co się przejmować, wakacje zaczynam za 3tygodnie. plan pewny: londyn-paryż. w środku możliwa marsylia, ale jeszcze nie na 100%.
w aberdeen, do teraz, przez ostatni tydzień grzało i świeciło piękne wakacyjne słońce. na kampusie ludzie na trawnikach, schodkach, ławeczkach, dzielnie walczący z groźnymi mewami.

ja za to mam małą zwycięską bitwę z biurokracją. CathSoc jest już 'przyłączone ' do Students' Association. Teraz 'tyko' muszę dokończyć z bankiem ( Pon), napisać kilka słów o nas do przewodnika dla pierwszorocznych ( w miarę szybko i teortycznie inni też mają pomóc), wysłać to mejlem, i jakimś cudem dostarczyć konstytucję biskupowi. to wszystko oczywiście przypada na czas powtórek i sesji, i osobiście wolałabym się wreszcie skupić na siedzeniu , języku i literaturze, no ale widać że raczej mi to mało wyjdzie. brrr. oby początek roku był łagodniejszy. w ramach 'bardzo konstruktywnego' lunchu też nie udało nam się nic powiedzieć i ustalić-thanks, fr james. i know i can count on you. grrrr.

mocny earl grey ratuje go przed moim wydarciem się. ale ile jeszcze ta tarcza ochronna podziała?
grr.

czas na południe. i na święty spokój. chodź i tak będą mnie ścigać mejle, detale i ja będę ścigać ludzi to troszkę inaczej i spokojniej niż tutaj.

no ale nie ma co poświęcać temu zbyt wiele uwagi. zmysły i emocje u mnie znajdą inne wykorzystanie.

czas na Literaturę, Książki i Słowa. i do nich pasję miłośc, niecierpliwość i rosnący, magiczno-tajemniczy szacunek do słowa. teraz mogę poczuć i dotknąć każde zdanie, odkrywać warstwy znaczenia, niepewności. poczuć i zobaczyć przez chwilę rękę trzymającą drżące pióro, gdyż jego moc jest zbyt wielka, i każda plama atramentu tworzy, stwarza i rządzi.
dreszcz emocji pisania i czytania. dreszcz młodego odkrywcy. wzrok wyostrzony, a dotyk wyczuwający różnice w grubości papieru.
ja i książka. mała magia. czas się zanurzyć i zapomnieć jak 'wyżsi' źle wykorzystują papier i język.

magia i czary i tak są moje.
gutenbergowi dziękuję za druk.

poniedziałek, 5 maja 2008

chwila przerwy

na kontynencie dlugi majowy weekend a tu jakgdyby nigy nic normalnie testy, zaliczenia i ogolnie koniec semestru.
w piatek do magicznego plastikowego pudelka wrzucilam ostatni esej o watpliwej jakosci, no ale za to na czas, z grypa na glowie i z kopia elektroniczna.
teraz chwilka oddechu, nie znaczy to jednak ze mam duzo wolnego czasu, tylko ze czas zajety jest mniej szkolnie. zaraz ide po zakupy i bede piec tradycyjna potrawe polska czyli mazurek. mam nadzieje ze uda mi sie z tym uporac szybko i ze bedzie smacznie. pojawia sie tylko pytanie: po co?
no wiec wszyscy co dzis pracuja, a ja naleze to tejze grupy, maja przyniesc potrawy charakterystyczne dla ich kraju pochodzenia. no i stad mazurkowy pomysl. w srode za to , takze z pracy mamy 'a night out' czyli wyjscie na mini golfa z okazji konca semestru a co za tym idzie konca dzwonienie w tym roku akademickim. mini golfa zostawie bez komenatrza. pojde z aparatem ze niby zdjecia robie. wtorek to popoludnie aktywistow, czyli spotkanie z samorzadem. mam nadzieje ze dopadne glupia pania wice przewodniczaca co przez 2 ostatnie tygodnie nie znalazla czasu zeby podsteplowac jedne swistek i przeczytac 3 strony a4 naszej konstytucji.
sroda przedpoludnie to maly aktywista c.d i spotkanie z zarzadem CathSoc i ustalanie eventow i innych rzeczy na fresher's week. czwartek wieczorem spotkanie towarzyskie. piatek- mam nadzieje ze wreszcie spokoj i poczatek powtorek. w tym tyg tez niby mam plan cos czytac itp , no ale i tak wiem ze nic nie zrobie. no, moze dokoncze mausa. polecam wszystkim -art spiegelman, maus ( chyba nie przetlumaczone na polski).
o zapomnialam dodac, ze we wt to tesz ostatnia debata i teaoretycznie wyjscie do chinczyka ,z ktorego mam ochote sie wymigac.
no wiec jak widac sie dzieje.
juz prawie mam kupione bilety do londynu i paryza, przynajmniej wiem za ile i ile ( bo przemierzam ten dystans busem), no ale jeszcze czekam na kilka odpowiedzi i domowien.
pogoda piekna, grypa ciut lzejsza, choc i tak glowe mam ciutek zmulona. co pewnien cas chyba tez temperature mam, no ale ze nie udaje mi sie mierzyc jej elektronicznym termometrem ( przerasta mnie to znacznie) udaje ze nic sie nie dzieje.
ha! i mam tez kolejna nowa detke i opone! na razie tylko jedna, tylna opone wymienie we wrzesniu. poznaje tez duzo 'zielonych' ludzi, z ktorymi nie raz sie lepiej dogaduje niz z tutejsza grupa konserwatywokatolicka. ogolnie jest smiesznie, czekamy z hari jak dojdzie poczta 1 sezon gilmore girls, bo moj komputer nie czyta dvd wiec zawsze ogladamy razem, a ona w przyszlym tygodniu jedzie do newcastle wiec przydaloby sie juz teraz zaczac :-)
no to w skrocie tyle. a i wczoraj z lin pierwszy raz w zyciu sadzilysmy warzywa u niej w ogrodku i czekamy na marchewke salate i rzodkiewki, oby cos wykielkowalo:-))))

niedziela, 4 maja 2008

Wiwat maj 3 maj!

Wiwat Konstytucja! Wiwat mama!!
STO LAT STO LAT!!

niedziela, 27 kwietnia 2008

!

2h na plaży z lingwistyka i w zamian piegi!!!! : - )) ha! ale już niestety prawie wszystkie zniknęły.
ten tydzień 'na-pięty', oby tylko z podniesioną głową dojść do końca, potem chwila oddechu, lub głębszy oddech i podróż w klimaty sesyjne. zapowiadają upały i duszności.

w międzyczasie ciągłe oczekiwanie na decyzję Student's Assoc , kilkanaście rzeczy na głowie i ochota pogrania w koszykówkę. nie grałam już taaaak daaawnooo, oj aż za dużo. hmm

zapominam przekładać kartki w kalendarzu, skreślać dni, robić prania, dzwonić, pisać, dawać znaki życia. nadrobię, niedługo. na razie się rozdrabniam.

jest dobrze. i przepięknie dookoła.drogi ukwiecone, kampus też, dni z minuty na minutę dłuższe i pomysłów na co dalej też coraz więcej, i wszystkie rewelacyjne.

jutro francuski + PRANIE+wieczór lin ( wykład o problemach w zachodniej papui nowej guineii), wt -francuski ustnie + teoretycznie debata, na którą nie pojdę, śr: francuski ze słuchu + praca, czw : test lingwistyka + wybory w klubie debatowym ( aaaa być czy nie być w przyszłym roku???), pt: esej: francuski, deadline. coś jeszcze?pewno wypadnie w drodze.

zapraszam na słoneczną północ, gdzie na plaży jest pięknie, na kampusie też, i nawet jak pada to świeci słońce.
no i mamy wreszcie z hari scrabble:))))


niedziela, 20 kwietnia 2008

the world of ordinary magic


jedyna zawsze fotogeniczna kobieta. i ja ją znam.

rozświetlona północ

semestru tydzień pierwszy. dawno tylu emocji, wiadomości, rzeczy, formularzy, nowinek i złych i dobrych nie udało mi się zmieścić w 5dniach. pfuuu od poniedziałku do piątku, troszkę za dużo i za mocno. no ale teraz tylko 3 tygodnie semestru i potem sesja. i też będzie i dużo i intensywnie i może nie tak i nie tyle co bym chciała. no i co z tego?
niby tylko kilka dni, a już w poniedziałek nie do końca widziałam czy będę miała siłę brnąć dalej. i dlaczego jak przeszłość to obciążająca, jak ludzie to źli a jak trudności to już doom.
no ale coż, wakacje i regeneracje coraz bliżej.
no i jeszcze nie dam się przekonać że świat dookoła jest zły, okrutny a jak matka kościół to tylko wyrodna.

na północy świeci. jasno przez około 15 godzin dziennie. chłodno i jasno, ciepło i jasno, wietrznie i jasno. rewelacja. więcej wapna w kości się przyda. w tym tygodniu nie pamiętam czy padało, może, ale i tak jest tak jasno i słonecznie, nawet w deszczu.
nie jest to słońce marsylii, wygrzewające jaszczurki na skałach i pomarańcze w ogrodzie, ale słońce odbijające sie w morzu północnym i rozświetlające granit miasta. choć przez chwilę mniej szary.

oprócz szczęśliwego zakończenia semestru i roku, zbudowaniu nowych struktur cathsoc i wypełnieniu wszystkich możliwych formalności kolejnym dużym punktem na liście są kartony.
ich zdobycie, pakowanie,podzielenie, rozdzielenie, przewiezienie i przede wszystkich przechowanie do września. mam 3 ochotników na me dobra, możliwe że nawet samochód do dyspozycji, no jeszcze tylko muszę zdobyć te pudła; )

no i tak dziwnie, taka tymczasowa wyprowadzka, mogę w sumie powiedzieć że teraz tak będzie co rok, a może i częściej.
dzien dobry- to ja i moje kartony:)

piątek, 11 kwietnia 2008

welcome to my world. the world of wonders

skrót warszawski i zimna herbata owocowa

no i po kolejnej przerwie. ostatni weekend przerwy wielkanocnej. pierwszej mojej studenckiej przerwy wielkanocnej, no ale wydaje mi się , że nie ostatniej : )
niby tylko 2 tygodnie w stolicy i niby wakacje ale jak intensywnie jak pełno i jak dobrze.
z początku w tumanach kurzu i atakujących zewsząd papierach i książkach przez jajeczka, mazurki, zakupy, wiosenny weekend w kazimierzu do zapomnianego, przegapionego samolotu i dodatkowego dnia w warszawie. pfuuu sprint.
no ale za dwa miesiące wakacje:)
no ale za jakie dwa miesiące.
tu duch mobilizacji czynu i akcji, plany dalekie odległe, z ideą. w warszawie ciągłe, długie ulice, ulice nocą , dniem, gdy się ściemnia. tylko chodzić chodzić dalej bliżej, znając trasę lub nie i tak bez niczego chodzić tam. tu się mierzy. tu zamierzam i wymierzam. sky is just the beggining.
a co z połączenia mierzonego chodzenia wyjdzie, pokaże przyszłość, na razie mam w oczach słońce i promieniuję. warszawą i marzeniem, no a w cieniu ujawnia się zmarszczka na czole i dziwny nos.
profil niepewny i nieprzyciągający, wcale nie prezydencki, choć tytuł już jest.
nadejdą obowiązki niedługo bo papiery i podpisy już są.
jest też podróż w planach w okolicach końcomajowych. cel : londyn i osoba symbol z dzieciństwa a z nią cały sen i wspomnienia. zobaczymy jak silna jest siła pamięci.

ale do tego czasu daje się stopom prowadzić przed siebie.

czwartek, 20 marca 2008

przerzucone

i dobiegli do mety!!! oklaski, okrzyki i krople potu na twarzach zawodników.
co to byl za bieg! prosze panstwa tyle emocji, momentow niepewnosci ale wszyscy zawodnicy dobiegli cali i zdrowi!!!

ha !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

wiec tak. jutro juz mnie nie ma w szkole, dzis tez mnie bylo mniej niz powinnam, ale co tam, kiedys spac trzeba.

wieczory ostatnio pod znakiem 5 serii gilmore girls, posilkow o 1 nad ranem, duzej ilosci herbaty, kalorii, dvd, i niezdrowych rzeczy. wszystko co mialam oddac udalo mi sie oddac do wt wieczorem, wiec ostatnie 2 wieczory antyintelektualna fiesta. z hari i jej komputerem.

wczoraj gilm0re girls do 2 nad ranem, do tego czasu konsumpcja miski platkow, 2 gruszek, herbaty i smileys ( ziemiaczki w kszalcie buzi z usmiechem), krojonych ananasow i gruszek raz jeszcze.
plan an dzisiaj: gilmore girls do oporu, okraszone malymi apple pies w towarszystwie najlepszych szkockich lodow waniliowych.
pokoj w miare odgruzowany, cos tam wrzucone do walizki, bilet jest juz na papierze, ciasteczka i herbata do kupienia na lotnisku.

po dordze pewne niescilosci z grafikiem w pracy na kwiecien, po wg niego pracuje we wszystkie dni w ktore nie mialam pracowac, no ale powinno sie powyjasniac.

ostatnie dni pod znakiem ciagu, drzemek pracy, drukowania, no ale jest ok, moze przez swieta uda mi sie przeczytac i kolejne eseje zaczas pisac.
swieta to tez manerwy z biblioteka, kiedy zamowic, siagnac z kogos ksiazke by ja miec jak sie przyjedzie i moc ja odebrac i nie stracic miejsca w kolejce i dostac to co sie chce....:)
wg obliczen za 8-9 dni powinnam zamwiac ksiazki, by zgarnac je od razu:))

po drodze udalo mi sie zaplacic kolejna kare z biblioteki, ceny biletow zdazyly podrozec o 10 p a nasze sasiadki zgromadzily 3 torby smieci na korytarzu ktore rzucaja sie subtelnie juz w oczy i w nos.

no w sb spieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee :)))

niedziela, 16 marca 2008

we want more than this world's got to offer

dzieje sie zbyt duzo by pisać
jeszcze mozr jutro uda mi sie uporac z jednym esejem, potem juz bede mogla muzealne taski robice

ale kiedy, jeszcze najlepiej by materialy do eseju zebrac i cos doczytac i do do i doo....


nieeee wiemmmm


teraz czas na sen, nie ma jeszcze 23 ale ja chce spaccccc
i trudno zrobie jutro. ode mnie nie ucieknie

i tu sprawdzic i tu przeczytac, tu powtorzyc
i tylko nowe pomysly na zycie rozpraszaja i sen odrywa od ciagłego robienia.

i chociaz spie duzo nie ma limitu i jeszcze by sie moglo i dluzej i mocniejjjj

i jeszcze ciagle gdzies cos jakos i sie pokrywa i powraca i wychodzi i wyskakuje
a na plazy coraz wieksze slonce i tylko by mozna chodzic...

a jutro jeszcze jakies tlumaczenie


pfiiii
trudno

i co tam
i tak się zdąży.
ze wszystkim.

poniedziałek, 10 marca 2008

tumblin' towers

czas płynie z krwią.
codziennie, cały czas, jak śpie jak nie, jak próbuje zasnąć i stojąc.

i czasem niby na chwile przystaje, wolno przesuwając wskazówki w chwilach gdzie powinny biec do przodu.
co by się chciało, nic zrobić się nie da.
i po co.

jest tydzień 7. pierwsze 6 przyspieszyło, a teraz będzie chwilowe zwolnieeniee.

czego mi trzeba? białego sera, więcej snu, mniej komputera i nowych płyt. no i chętnie bym do kina poszła.
poza tym jak wiadomo pełnia szczęścia.
już wiem np , że p to voicless bilabial plosive.
mam nadzieję, że jutro tego nie zapomnę.

jutro też urodziny caroline w naszym mieszkanku.
prezent jest już kupiony, tylko chęci brak.

przy okazji kupowanie prezentu ja i harry kupiłyśmy dla siebie tzw tumblin towers, zwane inaczej jinga, i ubaw!!!
co raz budujemy i rozwalamy wieżyczkę. następna pozycja na naszej liście to scrabble.
no i telewizor w nowym mieszkaniu.

co do mieszkania: tak! tak tak! jest już zaklepane, depozyt zapłacony, umowy podpisane i wszystko gra. mogę wprowadzać się 15 września.
mieszkać będziemy na kampusie, w odległości 2-3 min od wszystkiego, w mieszkanku 3 osobowym na 2 piętrze.
jest kuchnia, łazienka, 3 pokoje, korytarz iiiiii LIVING ROOOMMMM!! i tam mamy zamiar wstawić telewizor, by móc w piątek zasiadać z pizzą, wieżą i oglądać.
mieszkam ja-harry i jakaś gwen której jeszcze nie znamy.
przestrzeń jest lepiej wykorzystana niż w hillhead, mniej się marnuje, szafek i półek więcej, lodówka na 3, nie na 6 i ogólnie rewelacja, bo są jeszcze podwójne okna!
wiadomo plain, basic, ale z odrobiną kreatywności i naszego ciepełka będzie rewelacyjnie.

obie z harry już mamy ochotę się przeprowadzać.
no i postanowiłyśmy też zakupić roczne karnety na siłownię, bo nie będzie już żadnego wytłumaczenia i usprawiedliwienia.

ha!! rewelacyjnie, już nie trzeba latać, martwić się i załatwiać.

teraz tylko kilka punktów w grafiku przed świętami, kilka dłuższych dni i chwila odpoczynnkuu :))
no to do boju! jutro z lingwistyką!
teraz ostatnie powtórki, porządkowanie papierów i jak najszybciej w kime. mam nadzieję że dziś chociaż bezproblemowo.
no ale nawet jeśli to i tak już jest jasno jak się wstaje i to wszystko zmienia.

środa, 5 marca 2008

march hare

tydzien 6, sroda.
bilans sprintu: na razie do przodu.troszke pod gorke i z kamyczkami, ale w takim przypadku dobre ruchy i buty to podstawa.

czytanie, gloskowanie, okreslanie, wyjasnianie, pisanie i duuzo kataru i herbaty.

z rzeczy zadziwiajacych: zmiany pogody w ciagu kilkunastu godzin

wczoraj o godzinie 730 wszystko bylo snieznobiale, przykryte radosna warstewka sniegu i z odpowiednim morzkiem. o godzinie 11 sladu juz po niczymm nie bylo, trawa zielona jak dawnij, slonce. godz 13 i w dol wiaaatttrrrr mniej lub bardziej mrozacy.
co dalej nie wiadomo na razie chlodnawo ale bez sniegu.

mieszkanko w trakcie zalatwiania, juz zdecydowanie blizej niz dalej.
do wtorku wszystko powinno byc juz jasne i wyjasnione.

mnostwo czytania sie naklada, i niby wszystko ten sam priorytet.
trzeba tylko zmienic pytanie. nie kiedy mam czas ale na kiedy trzeba. reszta kwestia ugody z Doba.

zajecia mniej lub bardziej trzymaja poziom,szczegolnie jesli chodzi o cwiczenia, bo juz nudnawo miec dialog z prowadzacym , co powien czas urozmaicony jakims przytaknieciem i przeczytaniem madrych terminow z wykladu. no ale jest dobrze. tylko ciut wiekszy pogrom z gramatyki i z tlumaczen z francuskiego. no ale coz zrobic. moze jeszcze uda mi sie wybronic przed zdawaniem egzaminu. ah ah ah stayin' aliveeeeee

i bioderka stayin aaaaliiveeee

czwartek, 28 lutego 2008

zdrowo.

zjedzenie tabliczki wedlowskiej czekolady z orzechami, po wypiciu kubka kakao nie koliduje z zaleceniami zdrowego żywienia.
wręcz przeciwnie, jest nieodłącznym składnikiem zdrowej i zbalansowanej diety.

by wzmocnić działanie zaleca się przyjmowanie odpowiedniej dawki równoległe z dawką barrego white'a.


dr kmm

sobota, 23 lutego 2008

jak to leci???

oj mija mija szybko, dzień za dniem a szczególnie w tym tygodniu.
co wieczór coś, raz innego raz nie ,ale na ogól do dosyć późna. szkoła czasem wrażenie że w przerwach, a nie ważne co i gdzie to i tak wyrwane i wywalczone z Grafikiem i Czasem.

szybko.
i dobrze.

'po drodze' : praca, lokum na rok następny, spotkania towarzyskie, i odnawianie i przedłużanie coraz to nowych pozycji z biblioteki czyli zabawa w chowanego z karami i terminami tzw 3 day loans i heavy demand.

aberdeen już wiosenne na trawie na drzewach i zdecydowanie mniej szarości.
jedna wada- zbyt kusząco by siedzieć przy biurku.

niestety pomimo iz jest jaśniej sklepy nadal potrafią i zamykają się o 530, 6 i innych dziwnie wczesnych porach. jedna z rzeczy których chyba nie przeskoczę.

jeśli wszystko wyjdzie w przyszłym roku czeka mnie mieszkanie na kampusie, w jednym z prywatnych akademików, gdzie słowa 'plain ' and 'basic' nabierają nowego znaczenia, który geograficzno fizycznie jest prawie 'na ' moim wydziale. no , w odległości kilkunastu metrów może.

jedno wiadomo, mniejszego pokoju raczej mieć nie będę , bo sie nie da a i design może okazać się lepszy jeśli np niezabarwiony grzybem.

więc pozytywnie, czekam tylko na odpowiedź.
mam nadzieję że w pon nadejdzie.
z nowym tygodniem też nowe postanowienie: nie jeść spaghetti.
przynajmniej przez tydzień.
ostatnio jakoś się skumulowało, i makaron z sosem przewijał się zbyt często przez menu.

grafik jakoś okiełznany, nie bez wysiłku, bo te długie dni i okienka nadal są koszmarne, no ale może siła płynie już z przyzwyczajenia.

rower nadal w użyciu, wczoraj kolejny sukces- pokonanie górki po północy, w ramach powrotu z urodzin. całkowity czas przejazdu : minut 15.

z tygodnia na tydzień kolejne 'kontrowersyjne' pozycje z literatury współczesnej pochłaniane, wraz z licznymi opracowaniami krytycznymi, a za nimi więcej i więcej stron zapisanych notatkami.

massive reading. i oby tak dalej, bo to wszystko nabiera smaku. i tak by można było się w książkach i słowach zanurzyć i dalej i głębiej, bez głupiutkich rodzajów głosek po drodze i dziwnych ekonomicznych tłumaczeń, ale hop siup skok w tzw 'fictional world', no ale tak na poważnie, i na dłużej.i płyywwwaaaaćććććć w książkach.

drugi rok, pod tym względem będzie pod tym względem jeszcze bogatszy.

'wypłyń na głębie!' oj taaaak tyle jeszcze słów nowych i zdań do przeczytania i to wszystko czeka i jest i rośnie i nigdy nie zniknie! szaleństwo i błogosławieństwo!
ha!niekończąca się miłosna opowieść.
i zawsze kuszące i uwodzące nowe książki, pojęcia. ogrom nie do objęcia!
genialnie. więcej nie trzeba. no może większego limitu książek do wypożyczenia.

piątek, 15 lutego 2008

kopanina

cios 11 i 12: wieczor i górka: nie pojechalam na zakupy ale mialam rewelacyjna smaczna kolacje z podwojna porcja szarotki. nic mnie nie rozjechało, otrąbiło, ja też nikogo. I po XXXXX miesiącach przerwy prawie idealnie gładko w tempie zwykłym, z odrobiną godności wjechałam pod hillheadańską górkę!!!! górze dziękuję za konkretne uda!




(przestana mi sie podobac jak pójde na zakupy ubraniowe no ale .. :) )

co sie dzialo

zanim zaczne cokolwiek streszczac musze wpierw przeprosic za niepisane tak dlugo i za obecny brak polskich czcionek, pisze z pracowni na kampusie.
dni mijaja, przepelnione, bardziej swietliste i wiosenne i dobre
w szkole duzo okienek, czytania, latania i innych.
zajecia w skali ciekawosci wypadaja raczej dobrze z pewnymi spadkami na zajecia z poezji francuskiej w okresie drugiej wojny swiatowej i niektore zagdnienia lingwistyczne.
paryz jest glodny, paryzowi jest zimno... czyli vive la poesie de resistance
pisanie o czyms czego nie bylo, no ale chociaz content pusty to chociaz emocji i koszmarnej retoryki pelno.
lingwistyka raczej zgodna z przypuszczeniami, no ale zle nie jest i bedzie do ogarniecia, choc z wiekszym uzyciem pamieci niz milosci , no ale chociaz nie udalo mi sie jeszcze zasnac nad podrecznikiem, co bylo dosyc czeste w przypadku etyki z poprzedniego semestru : )
jeszcze zostal tylko 1 wynik z egzaminu do odczekania.
reszta zdana, pozaliczana i kredyty zdobyte.

rok rozpoczelam uderzeniowo.
i na razie wszystko mocno prze do przodu.
cios 1 : reaktywacja bicykla: detka zmieniona, lancuhc ponoc naoliwiony, hamulce naprawione ( nie moimi rekami , ale zawsze i za cene niewielka:) , oficjalna inaguracja sezonu odbyla sie wyjzadem wzdluz morza. na razie bez zadnych zderzen wypadkow, tylko troszke dziwne dzwieki moje malenstwo wydaje no ale chociaz wszyscy wiedza ze nadjezdzam:))))
cios 2: sciana: a) udalo mi sie juz byc , b) zaplacilam annual registration fee na 'lepsza' sciane, i tez udalo sie tam byc, i zamierzam to uderzenie ciagnac dalej
cios 3 : praca: oprocz powracajacyh malych kryzysow antymarketingowych ( each callcard is a potential donor. go for it !!! )dwa razy udalo mi sie trafic do star jar ( za najwiecej uzbieranych pieniedzy i informacji ). w gallaxy of stars na scianie jeszcze mnie nie ma , no ale i tak wielki cios.
cios 4 i 5: nie opuscialm jeszcze zadnych zajec ani z tanca ani z niczego, nie zaspalam ani razu, nie rozkladam sie pomimo zjadzow rowerem i pod wiatr z gorki lub na plazy i dlugich spacerow i porannych truchcików
cios 6: mhp jeszcze jest
cios 7: udaje mi sie dbac o okna i regularnie wycieram wode i czyszcze parapet i okno chusteczkami czyszczo antybakteryjnymi i nie mam grzyba.
cios 8: wczorajsza debata: dowiedizlam sie ze i po jakiej stronie mowie niecale 2h przed debata, ale ze wszystko byla na wariata, to udalo mi sie wymyslic dobry i fajny speech i smieszny i pamietajcie : ROMANCE IS DEAD!!!
cios 9 i 10: tryb dnia: nie martwiac sie o wspollokatorki tak jak w tamtym semestrze , codziennie o 8 rano susze wlosy suszarka i a wieczorme rozmawiam przez skypa. zapraszam na wieczorne konwersacje. udalo mi sie wybraonic kawalek lodowki, chociaz musze przynzac ze ktos zaanektowal inna czesc mojego terytorium i dzis jasniej bede musial nawrzucac swoje rzeczy bo zaraz totalnie znikne z lodówki:)

teraz idde na int'l dinner z christian union, i wreszczie sie zobacze z kolezanka , ktorej nie widzialam od 2 miesiecy ( dostanie paczke delicji dla domu) a potem ajde do sainsbury's moim bicyklem ( oby droga byla dobra, bo pt wieczorem to roznie bywa) glwonie chyba tylko po to by ser kupic i dobre pieczywko, no ale mam sie ochote przejechac:)))

kogoś kopnąć

ktoś zabrał mi mieszkanie!!!!!

już miałam upatrzone lokum na następny rok, blisko ścianki, centrum i uniwerku ,w 3 osobowym mieszkaniu i dzisiaj dzwonie i już nie ma!!!
zostało jeszcze wolne 2 osobowe mieszkanie, no ale droższe....

cóż the hunt begins...
teraz to już chyba ciut bardziej seriously

góra ma teraz pole do popisu.
ja w gotowości i dyspozycji

post sobotnie, czyli plaża w wielu wydaniach



środa, 6 lutego 2008

stoi na stacji lokomotywa

i się rozpędziła..
książeeeekkkk masaaa
i kara z biblioteki do zapłacenia
i dobrze jest dobrze bardzo, dni dłuższe, nadal wietrzne, wiosennie nieraz w powietrzu

ROWER NAPRAWIONY!!!!!!! mission R accomplished
co prawda wiatr na tyle mocny a deszcz zacinający że na razie wycieczki na później ale jest
mr. bic'ykl i dzielnie czeka.

grafik obdziurkowany i wyokienkowany, szczelnie wypełniony spaniem, czytaniem, herbatami, spotkaniami, i dzwonieniem.

do przodu, pod górkę, z górką,z górki, zawsze z jakąś muzyką w uszach i dużymi stopami do przodu.

za muzeum trzymam kciuki dzielnie wspieram myślą, sercem, słowem i ciałem mamy : )
do boju!!!!!!!!!!!!!na barykady!!!

poniedziałek, 28 stycznia 2008

HA! wyszły beze mnie
dobrze, trzeba szkolić ludzi wokół siebie.
och nocy słodka...

postedynburgian.

zdjęć z edynburga na razie nie będzie. żadne z iluś nie spełnia wymogów dobrego i ładnego zdjęcia.
może kiedyś sie pojawią, jak będę pisać bez szkieł. wtedy spojrzenie jest mniej ostre.
3dniowy pobyt w edynburgu udany. dużo chodzenia, dużo snu, sporo miejsc zaliczonych, sporo wydane na wejściówki. ale dobrze. jakaś zmiana i miasta i otoczenia i czas ze samym sobą, bez np zbędnych tłumaczeń ( to nastąpi za chwilę jak będę musiała argumentować czemu mając wszystkie inne wieczory zajęte i wróciwszy nie całą godzinę temu, nie chcą iść do pubu koło kampusu. gdyby to chociaż był pub w akademiku, ale nie, 'na dole' o pół funta taniej we wt..).
miasto górzyste, klimatyczne, budynki ciemne i niestrudzeni rowerzyści we wszystkich odcieniach mieniących się kamizelek.
nad miastem unoszący się zapach wielkości szkocji, jej aspiracji do niepodległości i niepowtarzalności. pomiędzy tym przewijają się wszędzie podobne pamiątki, ileś wersji tej samej flagi, kratki i to samo ujęcie majestatycznego zamku, pojawiające się i znikające grupy turystów, głośnej młodzieży i mniej lub bardziej dostojnych studentów.
z racji na mało turystyczną porę roku i jeszcze mniej przyjazną pogodę, miejsca klucze puste i spokojne, bez kolejek, tłoku i wchodzenia co raz w kadr.
brak turystów stara się uzupełniać i równoważyć ekipa narodowa. mocna, rosnąca, zauważalna, słyszalna i wszechobecna. manager stoiska -pan darek- już w pierwszych godzinach uraczył mnie złotymi radami na temat zwiedzania miasta ( "na zamek nie warto. drogo , a widok taki sam z parkingu" ( o stone of destiny i insygniach królewskich): "weź kamyk, kulka trochę złota i to ma być cały skarb narodowy?!) dnia drugiego nie miałam okazji go spotkać a trzeciego, ostatniego już czuł się spokrewniony ( wszyscy polacy to jedna rodzina?) -" no co tam córa, jak zjesz to wpadnij na recepcję". oczywiście 'na recepcji' złote refleksje,krótka historia życia, spostrzeżenia historyczno-socjologiczne i przepowiadanie przyszłości, tudzież future analysis.
tak wzbogacona ruszyłam dalej na północ. a po powrocie zaczęłam obczajać postgrad na kontynencie, co by może jednak nie zamykać się tak w głowie na wyspę, bo tu coraz trudniej o native speakerów.

dziś oficjalnie semestr otwarty. pierwsze zajęcia i handouty. coś czuję że jednak nie łatwo się będzie wbić w głowę motywację i grafik po tak długiej przerwie. nawet są już jakieś terminy esejów, ale spojrzawszy na nie, z drwiącym uśmiechem zamknęłam plik nie zapisując nigdzie tego faktu. takimi sprawami zajmę się może w następnym tygodniu. dziś kupiłam nowe koszulki, notatniki i segregatory i na razie na tyle z mojego wkładu.
plan jak przewidywałam lipny, zokienkowany do granic możliwości i wytrzymałości. kłania się i przymila zza rogu effective time management. podać rękę czy nie podać?
powrót wczesnego wstawania i tak zwiastuje przyjaźń z grafikami, haczykami przy nowych zadaniach i highlighterami. przynajmniej przyjaźń dyplomatyczną.


linia domowa prawie bez zmian, ale :
jest nowa niemka. melanie. pozytywnie.

justyna w ramach czynu społecznego i 'lekkiej' irytacji wysprzątała całą kuchnię. ja pomocną dłonią zdjęłam łańcuch świąteczny ze ścian. lampki i dzwonki w korytarzu jeszcze wiszą. a i rano wyniosłam już gryzące w oczy i ręce śmieci. trzeba się wspierać.

jutro powrót do dzwonienia i marketingu.
i dobrze bo aż za ciche te tygodnie były a tak to chociaż gadanie na jakiś dobry cel.

ekipa mieszkalna rusza do pubu ( justyna po ' ciężkim tygodniu' się wybroniła. może i mi się uda).
trzeba się zaszyć. teraz najchętniej pod kołdrę bo nogi i powieki coraz cięższe.
i'm out going but not pub going.

wtorek, 22 stycznia 2008

no to po

ha!!! po sesji!!!
53 minuty temu skończyłam ostatni egzamin:)))

i kij w oko problemom etycznym. a mnie boląca ręka.

pytań było 3 ( do wyboru) , czasu 2h.
nie pogardziłabym 10minutami więcej , bo w ostatnim eseju, w trakcie zmieniłam zdanie co będę udowadniać bo miałam za mało już i tak czasu, więc musiałam pojść na oczywiste, niewyrafinowane tylko odtworzone z liberalnej lektury eseju argumenty, i tak np ostatnie zdanie brzmiało : abortion is not immoral.
jakości w ostatnim gnającym pytaniu chyba było najmniej, ale napisać coś napisałam
jutro 830 bus do edynburga, wracam w pt po 18.
sb/ndz mam nadzieję z rzeczami muzealnymi ( CZEKAM Z OTWARTYMI RAMIONAMI!!!)
i potem semestr czas zacząć!!!!!

już dostałam grafik : wt/ śr praca ( wiwat telefony, aż się stęskniłam za marketingiem :) )
pt: koncert
pon : tańce,
czw : jeszcze nie wiem, ale wydaje mi się że debaty.

co do zajęć bardziej akademickich, liczby przedstawiają się tak:
EL1510
EL1509
FR2502
FR1512

jak już wspominałam, magicznych list i wykazów brak, może nadejdą w poniedziałek.
i tak wiem że plan będzie lipny w wt i czw szczególni, bo dni długie i z mnóstwem okienek, no ale cóż zrobić, na jakieś zajęcia chodzić trzeba i niestety nie wszystkie kończą się przed obiadem, co dla mnie byłoby najlepsze.mogłabym nawet codziennie mieć 9-13 i tyle, no ale nie ma co jęczeć.
teraz wolneeeeeeeeeeee...i wreszczie można coś normalnego poczytać...

niedziela, 20 stycznia 2008

kakao. i błogość. problemy etyczne już mnie nie interesują



we wt ostatni egzamin i wielkie pranie. kończą się czyste skarpetki spodnie i inne. problemy etyczne przestały mnie już interesować. ich wielkość i ważność wyznacza tylko próg zdania egzaminu i zaliczenia kursu. 2 semestru z wielkimi umysłami i myślami raczej nie będzie.
myśl biegnie wszędzie tylko nie tam. ostatnio nawet napałałam wielką ochotą porozkładania namiotów.
w między czasie staram się ułożyć jakoś mój plan na 2 semestr. zapowiada się koszmarnawo, no ale co zrobić, nie można mieć wszystkiego. teraz chociaż mam nowe rodzinne opakowanie nesquika to chociaż będzie czym to cierpienie ukoić.
wszystko wyjdzie jednak w pierwszych 2 tygodniach zajęć. będzie listowo grafikowy burdel ale niech się już wreszcie coś zacznie dziać. nawet jeśli tak ma wyglądać niech się kręci, dzieje zmienia.
Etyka coraz cięższa, opasła i rozleniwiona. już nawet nie stara się być uwodzicielska czy zalotna. przybija swoją obecnością a zapach jej roznosi się niepokojąco po pokoju. lecz już niedługo. czar prysł. jesteśmy wobec siebie szczerzy. ona też znalazła sobie kogoś innego. wyprowadzi się niedługo.

a Ty ile masz nad morze?











dzisiejszy spacer.
aberdeen w odsłonie słonecznej

niedziela, 13 stycznia 2008

niedzielnie

niedzielnie i po wieeelkiej porcji pysznej chińszczyzny.

w aberdeen pogoda dziwna, wczoraj jeszcze trawa całkowicie zmrożona,szczególnie tam gdzie nie było słońca, a dziś już wiosennie, około 6 stopni, trawa zielona, na niektórych drzewach liście już też zielone.

czasem pada, czasem wieje, ogólnie szarawo, ale czy jako szarawo przed wiosna, czy szarawo by uśpić przed zimą nie wiadomo.

więc nauka. 18 ang, 22 filozofia, potem EDYYYNNNBURG.
wiadomo która pozycja jest bardziej ekscytująca.
aha i właśnie do mojej głowy doszło że 18 to nie czwartek, o czym byłam święcie przekonana.

co do egzaminów to część moich znajomych w ogólnej panice, dziś taka inna kasia się żaliła że sypia po 3 h jeśli w ogóle zasnąć sie jej da ....
ja totalnie spita rumiankiem z wanilią i z miodem odczuwam ciut mniejsze parcie.
a ogólnie to nawet nie chce mi się podchodzić do tych egzaminów, nudnawo się zapowiada, a do tego nie przywykłam.
fakt że normalnie bym miała może troche więcej egzaminów bo by doszedł francuski, no ale jak można się zwolinić to trzeba , i takoż też postąpiłam.
będę musiała wyprodukować 2 eseje na ang, 3 na fil, 2 razy po 2 h i że to rozumiem mierzy wymiar mojego człowieczenstwa, percepcji, zrozumienia.. dobrze że chociaż szybko minie.
no jakoś nie jestem w stanie zapalić się żakowskim wigorem by radośnie krzyknąć : Tak!Egzamin!what a fantastic challenge!let's do it!

staram się zmobilizować do nauki jak najbardziej się da, ale teraz jest weekend i jest ndz, więc przepracowawszy uczciwie do pt, odpuszczam ciut sobie. i nawet rano jeszcze na spacerze byłam, w górę drogą , którą jeszcze nie szłam. wiosennie raz jeszcze.

no właśnie, ja to bym wolała po mieście sobie pochodzić.

akademik jak był tak jest, syf się tylko zmiejsza i zwiększa w kuchni, utrzymując się jednak plus minus na poziomie taniego motelu, gdzie lepiej nie dotykać niż dotknąć a jeśli już to tylko to co trzeba wziąć.

wczoraj jednak nie wytrzymałam i zmyłam stół i blat i sprzątnełam wodę z parapetu i tam też pływające muchy i inne niezidentyfikowane obiekty.

no ale jest dobrze.
nie wiem czy to przez jakieś magiczne zainstalowane wtyczki czy uaktualnienie internet explorera ( normalnie go nigdy nie używam) ale działa mi i msn messeneger i wszytkie stacje radiowe i nawet itvp.

sukces. jeden z niewielu ale taki najbardziej chyba cieszący.

szczególnie ważny wczoraj kiedy to totalnie i całkowicie przejechałam się na pączkach z polskiej cukiernii. miały być pyszne i z dżemem z różą, z tą chyba spotkały się tylko w przelocie i to jeszcze z jakąś różową poślednią formą, i wcale nie były tak smaczne tylko zbyt zapychające i nadrożdżowane. wstyd.la honte.

a dziś ode mnie wszyscy u babci na smażonych specjalnie pączkach.....
a chciałam sobie jakoś nadrobić...

co do potworów ciasteczkowych-> zapasy postaram się uzupełnić na wielkanoc, ale zaręczam że te ciasteczka powinno się jeść i ich natural setting, więc zapraszam :)) miejsce na podłodze na 1 karimatkę się znajdzie.
i prosze pamiętać że w pewnym już wieku warto pomyśleć o cholesterolu, a tam pure sugar i butter.


konająca etyka woła z łóżka.
bez większego płaczu i żalu rozstanę się z nią.
ale teraz jeszcze udajemy że jest nam razem dobrze.
do przyszłego wtorku ( no jeśli nie powróci skruszona na august resit) .grać dalej już nie można. miłość to coś więcej niż przywiązanie i przyzwyczajenie.
brak między nami tego błysku w oku. i o ten błysk i nie przespane z zachwytu noce się rozchodzi.

wtorek, 8 stycznia 2008

po roku przerwy: -)

w kolejnym nowym roku wszystkim bliskim i znajomym życzę......


( proszę uzupełnić samemu, wg życzeń)

z mojej strony ja już back in the deen, czyli powrót to stolicy oleju, ropy naftowej i obecnego mojego miejsca studiowania.

podróż zaskakująca, opóźniona z warszawy ale udana i bezpieczna.
po wylądowaniu na lotnisku w amsterdamie miałam 5 minut do odlotu samolotu.

(megafony): passengers mika, nowak, ... you are delaying the flight.....we will proceed to offload your luggage ( ha ! ha! jeszcze ich nawet nie mieli!)

i spriiint do bramki przez bramkę ( nie musiałam nawet wyjmować laptopa z torby) i na pokład .
1507 siedzę na miejscu ( odlot miał być 1505) no ale i tak jeszcze na szczęście czekaliśmy kolejne 10 minut na nasze bagaże.

potem już tylko kima z przerwą na ciasteczko do aberdeen.

dalej jak w zameczku.
okazało się ze mam idealną ilość drobnych na bilet dzienny, że bus do centrum jest za 5minut i że kolejny bus z centrum do domu ( trzeb przejść znaczący kawałek między przystankami co z walizką torbą, tubą i siateczką z perfumami nie jest super łatwe : ) ) też jest idealnie na przystanku i że odjeżdza za minutę :)

dojechawszy do akademika wystarczyło tylko jeszcze wdrapać się ze wszystkimi tobołkami na 2 piętro i do pokoju. oj co za radość zrzucenia z ramienia ok 10-12kg torby ( droga obchodzenia 23 kg bagażu : ) .
oprócz pięknie wsześniej wysprzątanego pokoiku przywitała mnie pusta lodówka i kilka rzeczy typu makaron, ryż w szafce. na to akurat byłam mentalnie i fizycznie przygotowana i ruszyłam z moim górskim 90l plecakime od razu do dobrego supermarketu ( by nie zaczynać roku od wizyty w lidlu. ) jak się źle zaczyna źle się też kończy.
więc spacer do morrison's.
wózeeeekk zakupów.
dobrych : - )
bułeczki, owocki, płatki, mleko, dżemik, wieszaki, nowa miska, warzywka i inne.
wszystko tak niewinnie sie prezentowało w wózku ale jak wrzuciłam zakupy do plecaka ( musiałam jeszcze wziąć dodatkowe torby bo nie wszystko weszło) to nie mogłam wstać.
serio, szłam ugięta przez plac parkingowy, próbując mimo wszystko wyglądać godnie, do przystanku autobusowego.
jak zameczek tudzież suwaczek to do końca.
mój ukochany bus nr 20 pod akademiki przyjechał również w przeciągu kilku minut ( normalnie jeździ raz na 30min) i z wolnymi podwójnymi miejscami przywitał mnie radośnie.

kolejna wspinaczka po schodach. i dłuugie 2 piętra.
no ale kręgosłup jakoś cały i lodówka jak i szafka pełne.

potem nadszedł czas wielkiego chaosu czyli rozpakowanie plecaka jedzeniowego, rozpakowanie walizek z równoległymi drobnymi zmianami designerskimi w moim pokoju i zmieszczenie, wsadzenie, dopasowanie wszystkiego na miejsce.

po gorących 40minutach ( coś ok) pokój wyglądał tak samo lecz inaczej.
ciuchy w szafie jak dawniej, walizki i torby pochowane, książki ułożone, nowa narzutka i plakat i nowy rok.

zostały już tylko ostatnie elementy powrotowe czyli otworzenie i przeczytanie poczty, schowanie dokumentów, pieniędzy, zmiana karty sim.

teraz już nareszcie PRYSZNIC I JEDZEEEENIIIE ( jadłam rano 1 naleśnika i koszmarną kanapkę klmu)

błogość.

i telefon do domu.

i sms do lin.


szczęście każdego cm mojego ciałka rozciagniętego na łóżku.


za rewelacyjne święta spotkania rozmowy wyjścia i przejścia dziękuję.

2120 na komórce, ja w kimę.

pobudka po7.


*****************


teraz do gdzieś 22 stycznia
czas dzielę na angielski, filozoficzny, rozciągający się i zjedzony.


potem będzie czas w edynburgu.