HA! wyszły beze mnie
dobrze, trzeba szkolić ludzi wokół siebie.
och nocy słodka...
poniedziałek, 28 stycznia 2008
postedynburgian.
zdjęć z edynburga na razie nie będzie. żadne z iluś nie spełnia wymogów dobrego i ładnego zdjęcia.
może kiedyś sie pojawią, jak będę pisać bez szkieł. wtedy spojrzenie jest mniej ostre.
3dniowy pobyt w edynburgu udany. dużo chodzenia, dużo snu, sporo miejsc zaliczonych, sporo wydane na wejściówki. ale dobrze. jakaś zmiana i miasta i otoczenia i czas ze samym sobą, bez np zbędnych tłumaczeń ( to nastąpi za chwilę jak będę musiała argumentować czemu mając wszystkie inne wieczory zajęte i wróciwszy nie całą godzinę temu, nie chcą iść do pubu koło kampusu. gdyby to chociaż był pub w akademiku, ale nie, 'na dole' o pół funta taniej we wt..).
miasto górzyste, klimatyczne, budynki ciemne i niestrudzeni rowerzyści we wszystkich odcieniach mieniących się kamizelek.
nad miastem unoszący się zapach wielkości szkocji, jej aspiracji do niepodległości i niepowtarzalności. pomiędzy tym przewijają się wszędzie podobne pamiątki, ileś wersji tej samej flagi, kratki i to samo ujęcie majestatycznego zamku, pojawiające się i znikające grupy turystów, głośnej młodzieży i mniej lub bardziej dostojnych studentów.
z racji na mało turystyczną porę roku i jeszcze mniej przyjazną pogodę, miejsca klucze puste i spokojne, bez kolejek, tłoku i wchodzenia co raz w kadr.
brak turystów stara się uzupełniać i równoważyć ekipa narodowa. mocna, rosnąca, zauważalna, słyszalna i wszechobecna. manager stoiska -pan darek- już w pierwszych godzinach uraczył mnie złotymi radami na temat zwiedzania miasta ( "na zamek nie warto. drogo , a widok taki sam z parkingu" ( o stone of destiny i insygniach królewskich): "weź kamyk, kulka trochę złota i to ma być cały skarb narodowy?!) dnia drugiego nie miałam okazji go spotkać a trzeciego, ostatniego już czuł się spokrewniony ( wszyscy polacy to jedna rodzina?) -" no co tam córa, jak zjesz to wpadnij na recepcję". oczywiście 'na recepcji' złote refleksje,krótka historia życia, spostrzeżenia historyczno-socjologiczne i przepowiadanie przyszłości, tudzież future analysis.
tak wzbogacona ruszyłam dalej na północ. a po powrocie zaczęłam obczajać postgrad na kontynencie, co by może jednak nie zamykać się tak w głowie na wyspę, bo tu coraz trudniej o native speakerów.
dziś oficjalnie semestr otwarty. pierwsze zajęcia i handouty. coś czuję że jednak nie łatwo się będzie wbić w głowę motywację i grafik po tak długiej przerwie. nawet są już jakieś terminy esejów, ale spojrzawszy na nie, z drwiącym uśmiechem zamknęłam plik nie zapisując nigdzie tego faktu. takimi sprawami zajmę się może w następnym tygodniu. dziś kupiłam nowe koszulki, notatniki i segregatory i na razie na tyle z mojego wkładu.
plan jak przewidywałam lipny, zokienkowany do granic możliwości i wytrzymałości. kłania się i przymila zza rogu effective time management. podać rękę czy nie podać?
powrót wczesnego wstawania i tak zwiastuje przyjaźń z grafikami, haczykami przy nowych zadaniach i highlighterami. przynajmniej przyjaźń dyplomatyczną.
linia domowa prawie bez zmian, ale :
jest nowa niemka. melanie. pozytywnie.
justyna w ramach czynu społecznego i 'lekkiej' irytacji wysprzątała całą kuchnię. ja pomocną dłonią zdjęłam łańcuch świąteczny ze ścian. lampki i dzwonki w korytarzu jeszcze wiszą. a i rano wyniosłam już gryzące w oczy i ręce śmieci. trzeba się wspierać.
jutro powrót do dzwonienia i marketingu.
i dobrze bo aż za ciche te tygodnie były a tak to chociaż gadanie na jakiś dobry cel.
ekipa mieszkalna rusza do pubu ( justyna po ' ciężkim tygodniu' się wybroniła. może i mi się uda).
trzeba się zaszyć. teraz najchętniej pod kołdrę bo nogi i powieki coraz cięższe.
i'm out going but not pub going.
może kiedyś sie pojawią, jak będę pisać bez szkieł. wtedy spojrzenie jest mniej ostre.
3dniowy pobyt w edynburgu udany. dużo chodzenia, dużo snu, sporo miejsc zaliczonych, sporo wydane na wejściówki. ale dobrze. jakaś zmiana i miasta i otoczenia i czas ze samym sobą, bez np zbędnych tłumaczeń ( to nastąpi za chwilę jak będę musiała argumentować czemu mając wszystkie inne wieczory zajęte i wróciwszy nie całą godzinę temu, nie chcą iść do pubu koło kampusu. gdyby to chociaż był pub w akademiku, ale nie, 'na dole' o pół funta taniej we wt..).
miasto górzyste, klimatyczne, budynki ciemne i niestrudzeni rowerzyści we wszystkich odcieniach mieniących się kamizelek.
nad miastem unoszący się zapach wielkości szkocji, jej aspiracji do niepodległości i niepowtarzalności. pomiędzy tym przewijają się wszędzie podobne pamiątki, ileś wersji tej samej flagi, kratki i to samo ujęcie majestatycznego zamku, pojawiające się i znikające grupy turystów, głośnej młodzieży i mniej lub bardziej dostojnych studentów.
z racji na mało turystyczną porę roku i jeszcze mniej przyjazną pogodę, miejsca klucze puste i spokojne, bez kolejek, tłoku i wchodzenia co raz w kadr.
brak turystów stara się uzupełniać i równoważyć ekipa narodowa. mocna, rosnąca, zauważalna, słyszalna i wszechobecna. manager stoiska -pan darek- już w pierwszych godzinach uraczył mnie złotymi radami na temat zwiedzania miasta ( "na zamek nie warto. drogo , a widok taki sam z parkingu" ( o stone of destiny i insygniach królewskich): "weź kamyk, kulka trochę złota i to ma być cały skarb narodowy?!) dnia drugiego nie miałam okazji go spotkać a trzeciego, ostatniego już czuł się spokrewniony ( wszyscy polacy to jedna rodzina?) -" no co tam córa, jak zjesz to wpadnij na recepcję". oczywiście 'na recepcji' złote refleksje,krótka historia życia, spostrzeżenia historyczno-socjologiczne i przepowiadanie przyszłości, tudzież future analysis.
tak wzbogacona ruszyłam dalej na północ. a po powrocie zaczęłam obczajać postgrad na kontynencie, co by może jednak nie zamykać się tak w głowie na wyspę, bo tu coraz trudniej o native speakerów.
dziś oficjalnie semestr otwarty. pierwsze zajęcia i handouty. coś czuję że jednak nie łatwo się będzie wbić w głowę motywację i grafik po tak długiej przerwie. nawet są już jakieś terminy esejów, ale spojrzawszy na nie, z drwiącym uśmiechem zamknęłam plik nie zapisując nigdzie tego faktu. takimi sprawami zajmę się może w następnym tygodniu. dziś kupiłam nowe koszulki, notatniki i segregatory i na razie na tyle z mojego wkładu.
plan jak przewidywałam lipny, zokienkowany do granic możliwości i wytrzymałości. kłania się i przymila zza rogu effective time management. podać rękę czy nie podać?
powrót wczesnego wstawania i tak zwiastuje przyjaźń z grafikami, haczykami przy nowych zadaniach i highlighterami. przynajmniej przyjaźń dyplomatyczną.
linia domowa prawie bez zmian, ale :
jest nowa niemka. melanie. pozytywnie.
justyna w ramach czynu społecznego i 'lekkiej' irytacji wysprzątała całą kuchnię. ja pomocną dłonią zdjęłam łańcuch świąteczny ze ścian. lampki i dzwonki w korytarzu jeszcze wiszą. a i rano wyniosłam już gryzące w oczy i ręce śmieci. trzeba się wspierać.
jutro powrót do dzwonienia i marketingu.
i dobrze bo aż za ciche te tygodnie były a tak to chociaż gadanie na jakiś dobry cel.
ekipa mieszkalna rusza do pubu ( justyna po ' ciężkim tygodniu' się wybroniła. może i mi się uda).
trzeba się zaszyć. teraz najchętniej pod kołdrę bo nogi i powieki coraz cięższe.
i'm out going but not pub going.
wtorek, 22 stycznia 2008
no to po
ha!!! po sesji!!!
53 minuty temu skończyłam ostatni egzamin:)))
i kij w oko problemom etycznym. a mnie boląca ręka.
pytań było 3 ( do wyboru) , czasu 2h.
nie pogardziłabym 10minutami więcej , bo w ostatnim eseju, w trakcie zmieniłam zdanie co będę udowadniać bo miałam za mało już i tak czasu, więc musiałam pojść na oczywiste, niewyrafinowane tylko odtworzone z liberalnej lektury eseju argumenty, i tak np ostatnie zdanie brzmiało : abortion is not immoral.
jakości w ostatnim gnającym pytaniu chyba było najmniej, ale napisać coś napisałam
jutro 830 bus do edynburga, wracam w pt po 18.
sb/ndz mam nadzieję z rzeczami muzealnymi ( CZEKAM Z OTWARTYMI RAMIONAMI!!!)
i potem semestr czas zacząć!!!!!
już dostałam grafik : wt/ śr praca ( wiwat telefony, aż się stęskniłam za marketingiem :) )
pt: koncert
pon : tańce,
czw : jeszcze nie wiem, ale wydaje mi się że debaty.
co do zajęć bardziej akademickich, liczby przedstawiają się tak:
EL1510
EL1509
FR2502
FR1512
jak już wspominałam, magicznych list i wykazów brak, może nadejdą w poniedziałek.
i tak wiem że plan będzie lipny w wt i czw szczególni, bo dni długie i z mnóstwem okienek, no ale cóż zrobić, na jakieś zajęcia chodzić trzeba i niestety nie wszystkie kończą się przed obiadem, co dla mnie byłoby najlepsze.mogłabym nawet codziennie mieć 9-13 i tyle, no ale nie ma co jęczeć.
teraz wolneeeeeeeeeeee...i wreszczie można coś normalnego poczytać...
53 minuty temu skończyłam ostatni egzamin:)))
i kij w oko problemom etycznym. a mnie boląca ręka.
pytań było 3 ( do wyboru) , czasu 2h.
nie pogardziłabym 10minutami więcej , bo w ostatnim eseju, w trakcie zmieniłam zdanie co będę udowadniać bo miałam za mało już i tak czasu, więc musiałam pojść na oczywiste, niewyrafinowane tylko odtworzone z liberalnej lektury eseju argumenty, i tak np ostatnie zdanie brzmiało : abortion is not immoral.
jakości w ostatnim gnającym pytaniu chyba było najmniej, ale napisać coś napisałam
jutro 830 bus do edynburga, wracam w pt po 18.
sb/ndz mam nadzieję z rzeczami muzealnymi ( CZEKAM Z OTWARTYMI RAMIONAMI!!!)
i potem semestr czas zacząć!!!!!
już dostałam grafik : wt/ śr praca ( wiwat telefony, aż się stęskniłam za marketingiem :) )
pt: koncert
pon : tańce,
czw : jeszcze nie wiem, ale wydaje mi się że debaty.
co do zajęć bardziej akademickich, liczby przedstawiają się tak:
EL1510
EL1509
FR2502
FR1512
jak już wspominałam, magicznych list i wykazów brak, może nadejdą w poniedziałek.
i tak wiem że plan będzie lipny w wt i czw szczególni, bo dni długie i z mnóstwem okienek, no ale cóż zrobić, na jakieś zajęcia chodzić trzeba i niestety nie wszystkie kończą się przed obiadem, co dla mnie byłoby najlepsze.mogłabym nawet codziennie mieć 9-13 i tyle, no ale nie ma co jęczeć.
teraz wolneeeeeeeeeeee...i wreszczie można coś normalnego poczytać...
niedziela, 20 stycznia 2008
kakao. i błogość. problemy etyczne już mnie nie interesują
myśl biegnie wszędzie tylko nie tam. ostatnio nawet napałałam wielką ochotą porozkładania namiotów.
w między czasie staram się ułożyć jakoś mój plan na 2 semestr. zapowiada się koszmarnawo, no ale co zrobić, nie można mieć wszystkiego. teraz chociaż mam nowe rodzinne opakowanie nesquika to chociaż będzie czym to cierpienie ukoić.
wszystko wyjdzie jednak w pierwszych 2 tygodniach zajęć. będzie listowo grafikowy burdel ale niech się już wreszcie coś zacznie dziać. nawet jeśli tak ma wyglądać niech się kręci, dzieje zmienia.
Etyka coraz cięższa, opasła i rozleniwiona. już nawet nie stara się być uwodzicielska czy zalotna. przybija swoją obecnością a zapach jej roznosi się niepokojąco po pokoju. lecz już niedługo. czar prysł. jesteśmy wobec siebie szczerzy. ona też znalazła sobie kogoś innego. wyprowadzi się niedługo.
niedziela, 13 stycznia 2008
niedzielnie
niedzielnie i po wieeelkiej porcji pysznej chińszczyzny.
w aberdeen pogoda dziwna, wczoraj jeszcze trawa całkowicie zmrożona,szczególnie tam gdzie nie było słońca, a dziś już wiosennie, około 6 stopni, trawa zielona, na niektórych drzewach liście już też zielone.
czasem pada, czasem wieje, ogólnie szarawo, ale czy jako szarawo przed wiosna, czy szarawo by uśpić przed zimą nie wiadomo.
więc nauka. 18 ang, 22 filozofia, potem EDYYYNNNBURG.
wiadomo która pozycja jest bardziej ekscytująca.
aha i właśnie do mojej głowy doszło że 18 to nie czwartek, o czym byłam święcie przekonana.
co do egzaminów to część moich znajomych w ogólnej panice, dziś taka inna kasia się żaliła że sypia po 3 h jeśli w ogóle zasnąć sie jej da ....
ja totalnie spita rumiankiem z wanilią i z miodem odczuwam ciut mniejsze parcie.
a ogólnie to nawet nie chce mi się podchodzić do tych egzaminów, nudnawo się zapowiada, a do tego nie przywykłam.
fakt że normalnie bym miała może troche więcej egzaminów bo by doszedł francuski, no ale jak można się zwolinić to trzeba , i takoż też postąpiłam.
będę musiała wyprodukować 2 eseje na ang, 3 na fil, 2 razy po 2 h i że to rozumiem mierzy wymiar mojego człowieczenstwa, percepcji, zrozumienia.. dobrze że chociaż szybko minie.
no jakoś nie jestem w stanie zapalić się żakowskim wigorem by radośnie krzyknąć : Tak!Egzamin!what a fantastic challenge!let's do it!
staram się zmobilizować do nauki jak najbardziej się da, ale teraz jest weekend i jest ndz, więc przepracowawszy uczciwie do pt, odpuszczam ciut sobie. i nawet rano jeszcze na spacerze byłam, w górę drogą , którą jeszcze nie szłam. wiosennie raz jeszcze.
no właśnie, ja to bym wolała po mieście sobie pochodzić.
akademik jak był tak jest, syf się tylko zmiejsza i zwiększa w kuchni, utrzymując się jednak plus minus na poziomie taniego motelu, gdzie lepiej nie dotykać niż dotknąć a jeśli już to tylko to co trzeba wziąć.
wczoraj jednak nie wytrzymałam i zmyłam stół i blat i sprzątnełam wodę z parapetu i tam też pływające muchy i inne niezidentyfikowane obiekty.
no ale jest dobrze.
nie wiem czy to przez jakieś magiczne zainstalowane wtyczki czy uaktualnienie internet explorera ( normalnie go nigdy nie używam) ale działa mi i msn messeneger i wszytkie stacje radiowe i nawet itvp.
sukces. jeden z niewielu ale taki najbardziej chyba cieszący.
szczególnie ważny wczoraj kiedy to totalnie i całkowicie przejechałam się na pączkach z polskiej cukiernii. miały być pyszne i z dżemem z różą, z tą chyba spotkały się tylko w przelocie i to jeszcze z jakąś różową poślednią formą, i wcale nie były tak smaczne tylko zbyt zapychające i nadrożdżowane. wstyd.la honte.
a dziś ode mnie wszyscy u babci na smażonych specjalnie pączkach.....
a chciałam sobie jakoś nadrobić...
co do potworów ciasteczkowych-> zapasy postaram się uzupełnić na wielkanoc, ale zaręczam że te ciasteczka powinno się jeść i ich natural setting, więc zapraszam :)) miejsce na podłodze na 1 karimatkę się znajdzie.
i prosze pamiętać że w pewnym już wieku warto pomyśleć o cholesterolu, a tam pure sugar i butter.
konająca etyka woła z łóżka.
bez większego płaczu i żalu rozstanę się z nią.
ale teraz jeszcze udajemy że jest nam razem dobrze.
do przyszłego wtorku ( no jeśli nie powróci skruszona na august resit) .grać dalej już nie można. miłość to coś więcej niż przywiązanie i przyzwyczajenie.
brak między nami tego błysku w oku. i o ten błysk i nie przespane z zachwytu noce się rozchodzi.
w aberdeen pogoda dziwna, wczoraj jeszcze trawa całkowicie zmrożona,szczególnie tam gdzie nie było słońca, a dziś już wiosennie, około 6 stopni, trawa zielona, na niektórych drzewach liście już też zielone.
czasem pada, czasem wieje, ogólnie szarawo, ale czy jako szarawo przed wiosna, czy szarawo by uśpić przed zimą nie wiadomo.
więc nauka. 18 ang, 22 filozofia, potem EDYYYNNNBURG.
wiadomo która pozycja jest bardziej ekscytująca.
aha i właśnie do mojej głowy doszło że 18 to nie czwartek, o czym byłam święcie przekonana.
co do egzaminów to część moich znajomych w ogólnej panice, dziś taka inna kasia się żaliła że sypia po 3 h jeśli w ogóle zasnąć sie jej da ....
ja totalnie spita rumiankiem z wanilią i z miodem odczuwam ciut mniejsze parcie.
a ogólnie to nawet nie chce mi się podchodzić do tych egzaminów, nudnawo się zapowiada, a do tego nie przywykłam.
fakt że normalnie bym miała może troche więcej egzaminów bo by doszedł francuski, no ale jak można się zwolinić to trzeba , i takoż też postąpiłam.
będę musiała wyprodukować 2 eseje na ang, 3 na fil, 2 razy po 2 h i że to rozumiem mierzy wymiar mojego człowieczenstwa, percepcji, zrozumienia.. dobrze że chociaż szybko minie.
no jakoś nie jestem w stanie zapalić się żakowskim wigorem by radośnie krzyknąć : Tak!Egzamin!what a fantastic challenge!let's do it!
staram się zmobilizować do nauki jak najbardziej się da, ale teraz jest weekend i jest ndz, więc przepracowawszy uczciwie do pt, odpuszczam ciut sobie. i nawet rano jeszcze na spacerze byłam, w górę drogą , którą jeszcze nie szłam. wiosennie raz jeszcze.
no właśnie, ja to bym wolała po mieście sobie pochodzić.
akademik jak był tak jest, syf się tylko zmiejsza i zwiększa w kuchni, utrzymując się jednak plus minus na poziomie taniego motelu, gdzie lepiej nie dotykać niż dotknąć a jeśli już to tylko to co trzeba wziąć.
wczoraj jednak nie wytrzymałam i zmyłam stół i blat i sprzątnełam wodę z parapetu i tam też pływające muchy i inne niezidentyfikowane obiekty.
no ale jest dobrze.
nie wiem czy to przez jakieś magiczne zainstalowane wtyczki czy uaktualnienie internet explorera ( normalnie go nigdy nie używam) ale działa mi i msn messeneger i wszytkie stacje radiowe i nawet itvp.
sukces. jeden z niewielu ale taki najbardziej chyba cieszący.
szczególnie ważny wczoraj kiedy to totalnie i całkowicie przejechałam się na pączkach z polskiej cukiernii. miały być pyszne i z dżemem z różą, z tą chyba spotkały się tylko w przelocie i to jeszcze z jakąś różową poślednią formą, i wcale nie były tak smaczne tylko zbyt zapychające i nadrożdżowane. wstyd.la honte.
a dziś ode mnie wszyscy u babci na smażonych specjalnie pączkach.....
a chciałam sobie jakoś nadrobić...
co do potworów ciasteczkowych-> zapasy postaram się uzupełnić na wielkanoc, ale zaręczam że te ciasteczka powinno się jeść i ich natural setting, więc zapraszam :)) miejsce na podłodze na 1 karimatkę się znajdzie.
i prosze pamiętać że w pewnym już wieku warto pomyśleć o cholesterolu, a tam pure sugar i butter.
konająca etyka woła z łóżka.
bez większego płaczu i żalu rozstanę się z nią.
ale teraz jeszcze udajemy że jest nam razem dobrze.
do przyszłego wtorku ( no jeśli nie powróci skruszona na august resit) .grać dalej już nie można. miłość to coś więcej niż przywiązanie i przyzwyczajenie.
brak między nami tego błysku w oku. i o ten błysk i nie przespane z zachwytu noce się rozchodzi.
wtorek, 8 stycznia 2008
po roku przerwy: -)
w kolejnym nowym roku wszystkim bliskim i znajomym życzę......
( proszę uzupełnić samemu, wg życzeń)
z mojej strony ja już back in the deen, czyli powrót to stolicy oleju, ropy naftowej i obecnego mojego miejsca studiowania.
podróż zaskakująca, opóźniona z warszawy ale udana i bezpieczna.
po wylądowaniu na lotnisku w amsterdamie miałam 5 minut do odlotu samolotu.
(megafony): passengers mika, nowak, ... you are delaying the flight.....we will proceed to offload your luggage ( ha ! ha! jeszcze ich nawet nie mieli!)
i spriiint do bramki przez bramkę ( nie musiałam nawet wyjmować laptopa z torby) i na pokład .
1507 siedzę na miejscu ( odlot miał być 1505) no ale i tak jeszcze na szczęście czekaliśmy kolejne 10 minut na nasze bagaże.
potem już tylko kima z przerwą na ciasteczko do aberdeen.
dalej jak w zameczku.
okazało się ze mam idealną ilość drobnych na bilet dzienny, że bus do centrum jest za 5minut i że kolejny bus z centrum do domu ( trzeb przejść znaczący kawałek między przystankami co z walizką torbą, tubą i siateczką z perfumami nie jest super łatwe : ) ) też jest idealnie na przystanku i że odjeżdza za minutę :)
dojechawszy do akademika wystarczyło tylko jeszcze wdrapać się ze wszystkimi tobołkami na 2 piętro i do pokoju. oj co za radość zrzucenia z ramienia ok 10-12kg torby ( droga obchodzenia 23 kg bagażu : ) .
oprócz pięknie wsześniej wysprzątanego pokoiku przywitała mnie pusta lodówka i kilka rzeczy typu makaron, ryż w szafce. na to akurat byłam mentalnie i fizycznie przygotowana i ruszyłam z moim górskim 90l plecakime od razu do dobrego supermarketu ( by nie zaczynać roku od wizyty w lidlu. ) jak się źle zaczyna źle się też kończy.
więc spacer do morrison's.
wózeeeekk zakupów.
dobrych : - )
bułeczki, owocki, płatki, mleko, dżemik, wieszaki, nowa miska, warzywka i inne.
wszystko tak niewinnie sie prezentowało w wózku ale jak wrzuciłam zakupy do plecaka ( musiałam jeszcze wziąć dodatkowe torby bo nie wszystko weszło) to nie mogłam wstać.
serio, szłam ugięta przez plac parkingowy, próbując mimo wszystko wyglądać godnie, do przystanku autobusowego.
jak zameczek tudzież suwaczek to do końca.
mój ukochany bus nr 20 pod akademiki przyjechał również w przeciągu kilku minut ( normalnie jeździ raz na 30min) i z wolnymi podwójnymi miejscami przywitał mnie radośnie.
kolejna wspinaczka po schodach. i dłuugie 2 piętra.
no ale kręgosłup jakoś cały i lodówka jak i szafka pełne.
potem nadszedł czas wielkiego chaosu czyli rozpakowanie plecaka jedzeniowego, rozpakowanie walizek z równoległymi drobnymi zmianami designerskimi w moim pokoju i zmieszczenie, wsadzenie, dopasowanie wszystkiego na miejsce.
po gorących 40minutach ( coś ok) pokój wyglądał tak samo lecz inaczej.
ciuchy w szafie jak dawniej, walizki i torby pochowane, książki ułożone, nowa narzutka i plakat i nowy rok.
zostały już tylko ostatnie elementy powrotowe czyli otworzenie i przeczytanie poczty, schowanie dokumentów, pieniędzy, zmiana karty sim.
teraz już nareszcie PRYSZNIC I JEDZEEEENIIIE ( jadłam rano 1 naleśnika i koszmarną kanapkę klmu)
błogość.
i telefon do domu.
i sms do lin.
szczęście każdego cm mojego ciałka rozciagniętego na łóżku.
za rewelacyjne święta spotkania rozmowy wyjścia i przejścia dziękuję.
2120 na komórce, ja w kimę.
pobudka po7.
*****************
teraz do gdzieś 22 stycznia
czas dzielę na angielski, filozoficzny, rozciągający się i zjedzony.
potem będzie czas w edynburgu.
( proszę uzupełnić samemu, wg życzeń)
z mojej strony ja już back in the deen, czyli powrót to stolicy oleju, ropy naftowej i obecnego mojego miejsca studiowania.
podróż zaskakująca, opóźniona z warszawy ale udana i bezpieczna.
po wylądowaniu na lotnisku w amsterdamie miałam 5 minut do odlotu samolotu.
(megafony): passengers mika, nowak, ... you are delaying the flight.....we will proceed to offload your luggage ( ha ! ha! jeszcze ich nawet nie mieli!)
i spriiint do bramki przez bramkę ( nie musiałam nawet wyjmować laptopa z torby) i na pokład .
1507 siedzę na miejscu ( odlot miał być 1505) no ale i tak jeszcze na szczęście czekaliśmy kolejne 10 minut na nasze bagaże.
potem już tylko kima z przerwą na ciasteczko do aberdeen.
dalej jak w zameczku.
okazało się ze mam idealną ilość drobnych na bilet dzienny, że bus do centrum jest za 5minut i że kolejny bus z centrum do domu ( trzeb przejść znaczący kawałek między przystankami co z walizką torbą, tubą i siateczką z perfumami nie jest super łatwe : ) ) też jest idealnie na przystanku i że odjeżdza za minutę :)
dojechawszy do akademika wystarczyło tylko jeszcze wdrapać się ze wszystkimi tobołkami na 2 piętro i do pokoju. oj co za radość zrzucenia z ramienia ok 10-12kg torby ( droga obchodzenia 23 kg bagażu : ) .
oprócz pięknie wsześniej wysprzątanego pokoiku przywitała mnie pusta lodówka i kilka rzeczy typu makaron, ryż w szafce. na to akurat byłam mentalnie i fizycznie przygotowana i ruszyłam z moim górskim 90l plecakime od razu do dobrego supermarketu ( by nie zaczynać roku od wizyty w lidlu. ) jak się źle zaczyna źle się też kończy.
więc spacer do morrison's.
wózeeeekk zakupów.
dobrych : - )
bułeczki, owocki, płatki, mleko, dżemik, wieszaki, nowa miska, warzywka i inne.
wszystko tak niewinnie sie prezentowało w wózku ale jak wrzuciłam zakupy do plecaka ( musiałam jeszcze wziąć dodatkowe torby bo nie wszystko weszło) to nie mogłam wstać.
serio, szłam ugięta przez plac parkingowy, próbując mimo wszystko wyglądać godnie, do przystanku autobusowego.
jak zameczek tudzież suwaczek to do końca.
mój ukochany bus nr 20 pod akademiki przyjechał również w przeciągu kilku minut ( normalnie jeździ raz na 30min) i z wolnymi podwójnymi miejscami przywitał mnie radośnie.
kolejna wspinaczka po schodach. i dłuugie 2 piętra.
no ale kręgosłup jakoś cały i lodówka jak i szafka pełne.
potem nadszedł czas wielkiego chaosu czyli rozpakowanie plecaka jedzeniowego, rozpakowanie walizek z równoległymi drobnymi zmianami designerskimi w moim pokoju i zmieszczenie, wsadzenie, dopasowanie wszystkiego na miejsce.
po gorących 40minutach ( coś ok) pokój wyglądał tak samo lecz inaczej.
ciuchy w szafie jak dawniej, walizki i torby pochowane, książki ułożone, nowa narzutka i plakat i nowy rok.
zostały już tylko ostatnie elementy powrotowe czyli otworzenie i przeczytanie poczty, schowanie dokumentów, pieniędzy, zmiana karty sim.
teraz już nareszcie PRYSZNIC I JEDZEEEENIIIE ( jadłam rano 1 naleśnika i koszmarną kanapkę klmu)
błogość.
i telefon do domu.
i sms do lin.
szczęście każdego cm mojego ciałka rozciagniętego na łóżku.
za rewelacyjne święta spotkania rozmowy wyjścia i przejścia dziękuję.
2120 na komórce, ja w kimę.
pobudka po7.
*****************
teraz do gdzieś 22 stycznia
czas dzielę na angielski, filozoficzny, rozciągający się i zjedzony.
potem będzie czas w edynburgu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)