poniedziałek, 5 maja 2008

chwila przerwy

na kontynencie dlugi majowy weekend a tu jakgdyby nigy nic normalnie testy, zaliczenia i ogolnie koniec semestru.
w piatek do magicznego plastikowego pudelka wrzucilam ostatni esej o watpliwej jakosci, no ale za to na czas, z grypa na glowie i z kopia elektroniczna.
teraz chwilka oddechu, nie znaczy to jednak ze mam duzo wolnego czasu, tylko ze czas zajety jest mniej szkolnie. zaraz ide po zakupy i bede piec tradycyjna potrawe polska czyli mazurek. mam nadzieje ze uda mi sie z tym uporac szybko i ze bedzie smacznie. pojawia sie tylko pytanie: po co?
no wiec wszyscy co dzis pracuja, a ja naleze to tejze grupy, maja przyniesc potrawy charakterystyczne dla ich kraju pochodzenia. no i stad mazurkowy pomysl. w srode za to , takze z pracy mamy 'a night out' czyli wyjscie na mini golfa z okazji konca semestru a co za tym idzie konca dzwonienie w tym roku akademickim. mini golfa zostawie bez komenatrza. pojde z aparatem ze niby zdjecia robie. wtorek to popoludnie aktywistow, czyli spotkanie z samorzadem. mam nadzieje ze dopadne glupia pania wice przewodniczaca co przez 2 ostatnie tygodnie nie znalazla czasu zeby podsteplowac jedne swistek i przeczytac 3 strony a4 naszej konstytucji.
sroda przedpoludnie to maly aktywista c.d i spotkanie z zarzadem CathSoc i ustalanie eventow i innych rzeczy na fresher's week. czwartek wieczorem spotkanie towarzyskie. piatek- mam nadzieje ze wreszcie spokoj i poczatek powtorek. w tym tyg tez niby mam plan cos czytac itp , no ale i tak wiem ze nic nie zrobie. no, moze dokoncze mausa. polecam wszystkim -art spiegelman, maus ( chyba nie przetlumaczone na polski).
o zapomnialam dodac, ze we wt to tesz ostatnia debata i teaoretycznie wyjscie do chinczyka ,z ktorego mam ochote sie wymigac.
no wiec jak widac sie dzieje.
juz prawie mam kupione bilety do londynu i paryza, przynajmniej wiem za ile i ile ( bo przemierzam ten dystans busem), no ale jeszcze czekam na kilka odpowiedzi i domowien.
pogoda piekna, grypa ciut lzejsza, choc i tak glowe mam ciutek zmulona. co pewnien cas chyba tez temperature mam, no ale ze nie udaje mi sie mierzyc jej elektronicznym termometrem ( przerasta mnie to znacznie) udaje ze nic sie nie dzieje.
ha! i mam tez kolejna nowa detke i opone! na razie tylko jedna, tylna opone wymienie we wrzesniu. poznaje tez duzo 'zielonych' ludzi, z ktorymi nie raz sie lepiej dogaduje niz z tutejsza grupa konserwatywokatolicka. ogolnie jest smiesznie, czekamy z hari jak dojdzie poczta 1 sezon gilmore girls, bo moj komputer nie czyta dvd wiec zawsze ogladamy razem, a ona w przyszlym tygodniu jedzie do newcastle wiec przydaloby sie juz teraz zaczac :-)
no to w skrocie tyle. a i wczoraj z lin pierwszy raz w zyciu sadzilysmy warzywa u niej w ogrodku i czekamy na marchewke salate i rzodkiewki, oby cos wykielkowalo:-))))

Brak komentarzy: