poniedziałek, 28 stycznia 2008

postedynburgian.

zdjęć z edynburga na razie nie będzie. żadne z iluś nie spełnia wymogów dobrego i ładnego zdjęcia.
może kiedyś sie pojawią, jak będę pisać bez szkieł. wtedy spojrzenie jest mniej ostre.
3dniowy pobyt w edynburgu udany. dużo chodzenia, dużo snu, sporo miejsc zaliczonych, sporo wydane na wejściówki. ale dobrze. jakaś zmiana i miasta i otoczenia i czas ze samym sobą, bez np zbędnych tłumaczeń ( to nastąpi za chwilę jak będę musiała argumentować czemu mając wszystkie inne wieczory zajęte i wróciwszy nie całą godzinę temu, nie chcą iść do pubu koło kampusu. gdyby to chociaż był pub w akademiku, ale nie, 'na dole' o pół funta taniej we wt..).
miasto górzyste, klimatyczne, budynki ciemne i niestrudzeni rowerzyści we wszystkich odcieniach mieniących się kamizelek.
nad miastem unoszący się zapach wielkości szkocji, jej aspiracji do niepodległości i niepowtarzalności. pomiędzy tym przewijają się wszędzie podobne pamiątki, ileś wersji tej samej flagi, kratki i to samo ujęcie majestatycznego zamku, pojawiające się i znikające grupy turystów, głośnej młodzieży i mniej lub bardziej dostojnych studentów.
z racji na mało turystyczną porę roku i jeszcze mniej przyjazną pogodę, miejsca klucze puste i spokojne, bez kolejek, tłoku i wchodzenia co raz w kadr.
brak turystów stara się uzupełniać i równoważyć ekipa narodowa. mocna, rosnąca, zauważalna, słyszalna i wszechobecna. manager stoiska -pan darek- już w pierwszych godzinach uraczył mnie złotymi radami na temat zwiedzania miasta ( "na zamek nie warto. drogo , a widok taki sam z parkingu" ( o stone of destiny i insygniach królewskich): "weź kamyk, kulka trochę złota i to ma być cały skarb narodowy?!) dnia drugiego nie miałam okazji go spotkać a trzeciego, ostatniego już czuł się spokrewniony ( wszyscy polacy to jedna rodzina?) -" no co tam córa, jak zjesz to wpadnij na recepcję". oczywiście 'na recepcji' złote refleksje,krótka historia życia, spostrzeżenia historyczno-socjologiczne i przepowiadanie przyszłości, tudzież future analysis.
tak wzbogacona ruszyłam dalej na północ. a po powrocie zaczęłam obczajać postgrad na kontynencie, co by może jednak nie zamykać się tak w głowie na wyspę, bo tu coraz trudniej o native speakerów.

dziś oficjalnie semestr otwarty. pierwsze zajęcia i handouty. coś czuję że jednak nie łatwo się będzie wbić w głowę motywację i grafik po tak długiej przerwie. nawet są już jakieś terminy esejów, ale spojrzawszy na nie, z drwiącym uśmiechem zamknęłam plik nie zapisując nigdzie tego faktu. takimi sprawami zajmę się może w następnym tygodniu. dziś kupiłam nowe koszulki, notatniki i segregatory i na razie na tyle z mojego wkładu.
plan jak przewidywałam lipny, zokienkowany do granic możliwości i wytrzymałości. kłania się i przymila zza rogu effective time management. podać rękę czy nie podać?
powrót wczesnego wstawania i tak zwiastuje przyjaźń z grafikami, haczykami przy nowych zadaniach i highlighterami. przynajmniej przyjaźń dyplomatyczną.


linia domowa prawie bez zmian, ale :
jest nowa niemka. melanie. pozytywnie.

justyna w ramach czynu społecznego i 'lekkiej' irytacji wysprzątała całą kuchnię. ja pomocną dłonią zdjęłam łańcuch świąteczny ze ścian. lampki i dzwonki w korytarzu jeszcze wiszą. a i rano wyniosłam już gryzące w oczy i ręce śmieci. trzeba się wspierać.

jutro powrót do dzwonienia i marketingu.
i dobrze bo aż za ciche te tygodnie były a tak to chociaż gadanie na jakiś dobry cel.

ekipa mieszkalna rusza do pubu ( justyna po ' ciężkim tygodniu' się wybroniła. może i mi się uda).
trzeba się zaszyć. teraz najchętniej pod kołdrę bo nogi i powieki coraz cięższe.
i'm out going but not pub going.

Brak komentarzy: