niedziela, 15 czerwca 2008

placelag. część 1.

sprawozdania część pierwsza.

bo kilku komplikacjach, przepakowywaniach w sobotę 31 maja wreszcie udało mi się całkowicie wynieść z akademika w aberdeen. mój zakopany skarb tworzą : 3 lub 4 kartony?, plakat, walizka, poduszki i czajaniczek u lin i garnek hari też u lin. w podróż częśc skarbu przenośna, czyli jeden duży plecak-23,5 kg przed paryżem, 18kg po + plecak podręczny, ok 10-13kg.

no i w dóóóóółłł do londynu. ponad 13h w megabusie, który z nazwą dzieli wszystko oprócz przestrzeni.
ciasno ciepło i długo. choć mimo wszystko nadal pierwsze miejsce w wyprawie busowej zajmuje 35h do marsylii.

londyn. i mr b. nie do pomylenia ze słabym masłem.
kulturalno intelektualne śniadania i moje próby przytakiwania i kiwania z odpowiednia godnością głową w odpowiednich momentach, które sygnalizowałby moje zrozumienie i opinie na tematy wszelakie a zawsze głebokie , ciekawe i skomplikowane.
by wykazać się wielkim zaangażowaniem w dyskusję i temat trzeba opanować trudną i nieoczywsistą sztukę nabierania łyżki płatków w odpowiednim momencie, t.j w Czasie Nadejścia Pytania i Interakcji- no bo przecież jak tu mówić z pełną buzią?!

3dni zwiedzania, 2 metrowego materaca, spotkań po latach i w końcu wielka akcja tranzyt do marsylii.
zaangażowani: moja nieuwaga i zaspanie-mieszko ( chapeaux bas) -metro i kolejka londynskie- sieć M&S- lotnisko gatwick i linie BA.
środa pękając w szwach, zmieściła w sobie transport bagaży najpierw w złym potem w dobrym kierunku, wszystko w godzinach szczytu, spotkanie z huong, pakowanie, london eye, wspólne frytyki na stacji autobusowej,wielkie pożegnanie na stacji metra i nie do końca nocną noc u mieszka.
4.44 już na lotnisku london gatwick a tam kolacyjno-śniadaniowa sałatka , bułeczka i pain au chocolat, tak żeby przygotować się na klimat francuski,który już za kilka godzin poczuję z każdą kroplą potu i marsylijskim słońcem.

no a jak marsylia to i strajk. A żeby było jeszcze ciekawiej to busów i taksówek tego samego dnia.
no i jedyna siła jaka mnie doprowadzi na wzgórze do domu to siła nóg. i tak też się stało.
prawie godzina, podwójny żółw ( plecak z przodu i z tyłu), martensy, kurtka i bluza uniwesrytecka, o 3 warstwy za dużo. i każdy schodek, każde podejście to małe zwycięstwo, no i wreszcie Roucas Blanc!ha! i piękne morze i słońce zaglądające przez białe okiennice, a pomarańcze i cytryny wygrzewające się w ogrodzie.
ciepło kamieni, suchość roślin, tłok w centrum, przybrudne ulice i kruszące się i uciekające spod nóg małe kamyki w calanques. i można grzać się jak kot nabierając delikatnie czekoladowych barw. summer time..

no ale gdy tylko zdążyłam podbrązowieć, czas na kolejną przesiadkę i petit voyage do Paryża.
To już ostatni przystanek.

Brak komentarzy: