w kolejnym nowym roku wszystkim bliskim i znajomym życzę......
( proszę uzupełnić samemu, wg życzeń)
z mojej strony ja już back in the deen, czyli powrót to stolicy oleju, ropy naftowej i obecnego mojego miejsca studiowania.
podróż zaskakująca, opóźniona z warszawy ale udana i bezpieczna.
po wylądowaniu na lotnisku w amsterdamie miałam 5 minut do odlotu samolotu.
(megafony): passengers mika, nowak, ... you are delaying the flight.....we will proceed to offload your luggage ( ha ! ha! jeszcze ich nawet nie mieli!)
i spriiint do bramki przez bramkę ( nie musiałam nawet wyjmować laptopa z torby) i na pokład .
1507 siedzę na miejscu ( odlot miał być 1505) no ale i tak jeszcze na szczęście czekaliśmy kolejne 10 minut na nasze bagaże.
potem już tylko kima z przerwą na ciasteczko do aberdeen.
dalej jak w zameczku.
okazało się ze mam idealną ilość drobnych na bilet dzienny, że bus do centrum jest za 5minut i że kolejny bus z centrum do domu ( trzeb przejść znaczący kawałek między przystankami co z walizką torbą, tubą i siateczką z perfumami nie jest super łatwe : ) ) też jest idealnie na przystanku i że odjeżdza za minutę :)
dojechawszy do akademika wystarczyło tylko jeszcze wdrapać się ze wszystkimi tobołkami na 2 piętro i do pokoju. oj co za radość zrzucenia z ramienia ok 10-12kg torby ( droga obchodzenia 23 kg bagażu : ) .
oprócz pięknie wsześniej wysprzątanego pokoiku przywitała mnie pusta lodówka i kilka rzeczy typu makaron, ryż w szafce. na to akurat byłam mentalnie i fizycznie przygotowana i ruszyłam z moim górskim 90l plecakime od razu do dobrego supermarketu ( by nie zaczynać roku od wizyty w lidlu. ) jak się źle zaczyna źle się też kończy.
więc spacer do morrison's.
wózeeeekk zakupów.
dobrych : - )
bułeczki, owocki, płatki, mleko, dżemik, wieszaki, nowa miska, warzywka i inne.
wszystko tak niewinnie sie prezentowało w wózku ale jak wrzuciłam zakupy do plecaka ( musiałam jeszcze wziąć dodatkowe torby bo nie wszystko weszło) to nie mogłam wstać.
serio, szłam ugięta przez plac parkingowy, próbując mimo wszystko wyglądać godnie, do przystanku autobusowego.
jak zameczek tudzież suwaczek to do końca.
mój ukochany bus nr 20 pod akademiki przyjechał również w przeciągu kilku minut ( normalnie jeździ raz na 30min) i z wolnymi podwójnymi miejscami przywitał mnie radośnie.
kolejna wspinaczka po schodach. i dłuugie 2 piętra.
no ale kręgosłup jakoś cały i lodówka jak i szafka pełne.
potem nadszedł czas wielkiego chaosu czyli rozpakowanie plecaka jedzeniowego, rozpakowanie walizek z równoległymi drobnymi zmianami designerskimi w moim pokoju i zmieszczenie, wsadzenie, dopasowanie wszystkiego na miejsce.
po gorących 40minutach ( coś ok) pokój wyglądał tak samo lecz inaczej.
ciuchy w szafie jak dawniej, walizki i torby pochowane, książki ułożone, nowa narzutka i plakat i nowy rok.
zostały już tylko ostatnie elementy powrotowe czyli otworzenie i przeczytanie poczty, schowanie dokumentów, pieniędzy, zmiana karty sim.
teraz już nareszcie PRYSZNIC I JEDZEEEENIIIE ( jadłam rano 1 naleśnika i koszmarną kanapkę klmu)
błogość.
i telefon do domu.
i sms do lin.
szczęście każdego cm mojego ciałka rozciagniętego na łóżku.
za rewelacyjne święta spotkania rozmowy wyjścia i przejścia dziękuję.
2120 na komórce, ja w kimę.
pobudka po7.
*****************
teraz do gdzieś 22 stycznia
czas dzielę na angielski, filozoficzny, rozciągający się i zjedzony.
potem będzie czas w edynburgu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
:))
znów jesteś!
Prześlij komentarz